[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Ojciec nie chciał pomóc -wściekł się, \e na niego liczyli - skutkiem czego stracili równie\ zaliczkę, na którą te\ niemogli sobie pozwolić.Zaraz potem Irena go zostawiła.Nie mógł jej za to winić, ale oczywi-ście winił.Pomyślał o tym, jak starał się o pracę, i przypomniały mu się wszystkie te upoka-rzające odmowy. Kandydat bez perspektyw na awans".Tak mówili i chocia\ bardzo się sta-rał, nazwa ta przylgnęła do niego jak nalepka na zderzak, której za nic nie mo\na oderwać.Ludzie patrzyli na niego i natychmiast ją widzieli.Po chwili stracił nawet ochotę, \eby wyobra\ać sobie, \e jest gdzie indziej.Był tam,gdzie był.I było mu zimno.Zimno i mokro.Strach, przera\enie, brak powietrza jego świadomośćpowoli gasła, zawę\ając się do kilku podstawowych myśli.Pomyślał: ka\dy musi umrzeć.Ale nikt nie powinien umierać tak jak ja.Pomyślał: to ju\ nie potrwa długo.To nie mo\e trwać długo.Nie mo\e.I pomyślał: dlaczego?134 Rozdział 15Berthwick House,  skromny domek" Grigorija Bermana, był w rzeczywistości wielkim,dwupiętrowym domiszczem z czerwonej cegły.Stał przy Regenfs Park i miał pochyły dach zoknami mansardowymi i trzema wysokimi kominami.Zrodki bezpieczeństwa były dyskretne ijednocześnie rzucające się w oczy.Rezydencję otaczał trzymetrowej wysokości czarny płot zkutego \elaza, naje\ony przypominającymi włócznie szpikulcami.Podjazd omiatało oko wy-soko zamontowanej kamery pod emaliowanym kapturem.Była te\ mała budka ze stra\ni-kiem, który widząc malinową limuzynę Bermana, z pełnym szacunku ukłonem machnął rękąi.łaskawie pozwolił im wjechać na teren posiadłości.W przestronnym, pomalowanym na koralowo holu roiło się od reprodukcji i podróbek.Stały tam krzesła, fotele i stoliki szachowe Sheridana i Chippendale'a, ale wszystkie lśniły odszelaku i miały dziwnie pomarańczowy połysk.Dwa wielkie obrazy przedstawiające sceny zpolowania robiły wra\enie dystyngowanych osiemnastowiecznych malowideł, ale tylko napierwszy rzut oka: z bliska widać było, \e kupiono je w domu towarowym, \e są to zwykłekopie namalowane pośpiesznie przez jakiegoś studenta.- No i jak? Podoba ci się? - spytał Grigorij, nadymając się jak paw i zataczając rękąszeroki łuk, \eby pokazać Jansonowi tę bezładną mieszaninę anglofilskiej tandety.- Odebrało mi mowę - odrzekł Paul.- Jak na planie filmowym, dal - Kolejny łuk, jeszcze szerszy ni\ ten poprzedni.- Da.- Bo to jest plan filmowy! - wykrzyknął Berman, radośnie klaszcząc w dłonie.- Ostat-niego dnia zdjęć Grigorij pojechał do wytwórni, do Merchant Wory Productions.Pojechał,wypisał czek i dał go kierownikowi produkcji.Kupił wszystko i kazał przewiezć do domu.Teraz mieszka na planie filmowym.Mówią, \e Merchant Ivory to najlepsza wytwórnia,a jak coś jest najlepsze, to i dobre dla Grigorija.- Zachichotał z ukontentowaniem.- Oczywiście - odparł Janson.- Nie spodziewałem się niczego innego.- Teraz sprawabyła jasna: wszystkie te rzeczy, te obrazy i meble, miały w sobie coś sztucznego, poniewa\zaprojektowano je i wykonano tak, \eby dały się sfilmować w odpowiednim świetle, odpo-wiednimi obiektywami i przez odpowiednie filtry.- Mam i kamerdynera.Ja, Grigorij Berman, biedny moskwianin, który spędził dzieciń-stwo w kolejkach w GUM-ie, ma własnego kamerdynera.Człowiek, o którym mówił, stał cicho na końcu foyer.Ubrany w długi, czarny, zapinanyna cztery guziki surdut i sztywną, pikowaną koszulę, miał szerokie bary, gęstą czarną brodę iczarne, rzadkie, starannie zaczesane do góry włosy.Ró\owe policzki świadczyły, \e jest toosobnik wylewny i jowialny, co kontrastowało z jego posępnym strojem.- To jest pan Giles French - przedstawił go Grigorij. D\entelmen d\entelmena.PanFrench spełnia wszystkie moje zachcianki.- To jego prawdziwe nazwisko?- Nie.Prawdziwe to Tony Thwaite.Ale kto to jest Tony Thwaite? Nie podobało mi się.Dałem mu nazwisko z najlepszego amerykańskiego programu telewizyjnego.Brodaty kamerdyner z powagą skinął głową.- Do usług, wielmo\ny panie - powiedział basem.- Proszę przynieść nam herbaty i.- Berman urwał.Albo się zamyślił, albo rozpaczli-wie próbował przypomnieć sobie, co pasuje do herbaty.- Kawioru? - Powiedział to niepew-nie, ostro\nie, a gdy kamerdyner dyskretnie pokręcił głową, szybko się poprawił: - Nie, nie,chwileczkę.- Nagle pojaśniała mu twarz.- Kanapki z ogórkiem.135 - Słu\ę, wielmo\ny panie - odrzekł tamten.- Nie, mam lepszy pomysł.Przynieś ro\ki.Te specjalne, te od naszej kucharki.Z kre-mem i d\emem truskawkowym.- Znakomicie, wielmo\ny panie, natychmiast słu\ę.Grigorij promieniał jak dziecko bawiące się swoją ulubioną gadającą i chodzącą lalką.Ten wielki dom był dla niego jedną wielką zabawką i stworzył w nim dziwaczną parodię an-gielskiego wnętrza w luksusowym, mile kiczowatym stylu.- Powiedz, co o tym myślisz, ale tak szczerze - poprosił Berman, po raz kolejny zata-czając ręką łuk.- Brak mi słów.- Zabrakło ci słów? - Berman uszczypnął się w policzek.- Naprawdę? Nie mówisz tegoot tak? O rety! Przedstawię cię za to Ludmile.Ludmiła zabierze cię w podró\ dookoła światabez wychodzenia z łó\ka!Mijając mały pokój na końcu holu, Paul przystanął przed potę\ną, błyszczącą maszynąz wbudowanym w ścianę monitorem, klawiaturą i dwoma czarnymi głośnikami z boków.- To jest RS/6000? - spytał z nale\nym szacunkiem.- To? - odrzekł Grigorij.- To zestaw do karaoke.Komputer jest na dole.- Krętymischodami zeszli do wyło\onego wykładziną i pozbawionego okien pomieszczenia, gdzie stałokilka komputerów; wytwarzały tyle ciepła, \e trudno tam było oddychać.W kącie wirowałydwa małe wentylatory.Kamerdyner przyniósł herbatę i ro\ki na fajansowych talerzykach.Po-stawił je na stoliku wraz z dwiema miseczkami z d\emem truskawkowym i cicho wyszedł.Zerknąwszy łakomie na ro\ki, Grigorij usiadł do komputera i zastukał w klawiaturę,uruchamiając serię programów penetrujących zabezpieczenia uniemo\liwiające dostęp siecizewnętrznych do wewnętrznych.Przez kilka minut przyglądał się wynikom, wreszcie spojrzałna Jansona.- A teraz, tak między nami, powiedz mi, gdzie mam szukać.Paul milczał przez chwilę, zastanawiając się gorączkowo, co mo\e mu zdradzić.Wie-dział, \e ludzie gadatliwi, tacy jak Berman, potrafią być czasem bardzo dyskretni, \e wszyst-ko zale\y od motywacji.Wyjawił mu tylko najniezbędniejsze szczegóły.Berman wysłuchałgo bez słowa i bez \adnej widocznej reakcji, po czym wzruszył ramionami i wystukał na kla-wiaturze serię poleceń.Minęła minuta.- Grigorij niezadowolony - mruknął.- Ale niech te programy sobie popracują.Kto wie,z czasem mo\e będą wyniki.- Z czasem? - spytał Janson.- To znaczy za ile?- Puść maszynę w ruch, odczekaj dwadzieścia cztery godziny, skoordynuj ją z globalnąsiecią równoległą innych komputerów, a wtedy mo\e.- Berman podniósł wzrok.- Za osiemmiesięcy? Nie, raczej za dziewięć.Jak z cią\ą u kobiety.- śartujesz.- Chcesz, \eby Grigorij zrobił coś, czego inni nie potrafią? To musisz dać mu liczby,których inni nie mają.Masz cyfrowy klucz, da? Ten publiczny.Je\eli go wykorzystamy, bę-dziemy mieli przewagę.Jeśli nie, będziemy rodzić, ale dopiero za dziewięć miesięcy.Janson podał mu klucz do swego konta, cyfrowy kod, transmitowany przy odbiorze in-formacji.Niechętnie, ale podał.Był to tak zwany klucz publiczny: znał go on i dyrektor ban-ku na Kajmanach.Dziesięć sekund pózniej na ekranie monitora wykwitły długie kolumny liczb, któreprzesuwały się do góry jak napisy w czołówce filmu.- Bezsensowne znaczki i robaczki- powiedział Grigorij [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl