[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Celia naśladowała jej ruchy.Lekko trąciła piętami boki klaczy i powoliskierowała się w stronę głównej bramy.To nawet nie takie trudne, pomyślała, kiedyleniwym tempem zjeżdżały w dół zbocza.Przez cały czas uważnie obserwowałaCaro.Za jej przykładem mocno uchwyciła wodze, wyprostowała się i rozluzniłaramiona, pamiętając przy tym, żeby łokcie trzymać jak najbliżej ciała.Po chwilipoczuła się na tyle pewnie, że przejażdżka zaczęła sprawiać jej przyjemność.Cieszył ją powiew wiatru we włosach i ciepło słońca na twarzy.Ustąpiłodokuczliwe ssanie w żołądku.155SRKlacz pozwalała się prowadzić bez protestu.Carolyn wysforowała się ipojechała ubitą drogą, wiodącą przez posiadłość.W powietrzu czuło się morskąbryzę.Czasami widać było chatę z drewna lub kamienia, ukrytą za gęstymżywopłotem.Drzewa poskręcane od wichrów, szalejących nad morzem od jesieni,wyciągały ku niebu sękate konary.Czerwone liście pyszniły się w promieniach słoń-ca.Mają kolor cygańskiej spódnicy, bezwiednie pomyślała Celia.Oczamiwyobrazni ujrzała Maritę, tańczącą z Northingtonem.Na pewno byli ze sobą zżyci.Carolyn ściągnęła wodze i zjechała na pobocze drogi.Roześmiana, czekała naCelię.Miała rozwiązane tasiemki i przekrzywiony czepek, oczy jej błyszczały.Byłaniewinna, słodka i beztroska, zadowolona z wszelkich drobnych przyjemności, jakieoferowało życie.Potrafiła cieszyć się słońcem i konną przejażdżką.I to wczorajnazywała nudą? Zmieszne, lecz całkiem zrozumiałe.Przecież poza tym niczego nieznała.- Jak ci się to podoba, Celio? - zawołała do przyjaciółki.- Wspaniały dzień!Mam ochotę wjechać wprost do morza.Celia szarpnęła wodze i szara klacz posłusznie stanęła pośrodku ścieżki.Carolyn zręcznie odwróciła się w siodle i wskazała na wąską przecinkę wśródkrzewów, dalej biegnącą wzdłuż skalistego klifu.- Tam chyba jest dróżka na plażę.Zjedziemy?Celia nadal nie była pewna swoich jezdzieckich umiejętności.Na płaskimterenie radziła sobie niezle, ale co będzie na stromym zboczu?- Chyba zapuściłyśmy się za daleko od domu.- zaczęła, ale Carolyn jużprzecisnęła się przez zarośla i wjechała pomiędzy drzewa.Celia wahała się tylkochwilę.- A niech to! - mruknęła pod nosem i podążyła za kuzynką.Początkowo nawet nie było stromo.Skaliste zbocze porastały kępy krzewów.W górze popiskiwały mewy, szybujące z wiatrem.Ich chrapliwe głosyrozbrzmiewały w całej okolicy.Carolyn ze spokojem wybierała najłatwiejszą drogę.156SRW dole rozciągał się szeroki po horyzont pas szaroniebieskiej wody.Powietrzebyło przesycone solą.Promienie słońca migotały na olśniewająco białych skałach.Porowaty wapienny klif emanował ciepłem.Szum fal stawał się coraz głośniejszy.Klacz parsknęła głośno i rzuciła łbem, aż zadzwoniła uprząż.Celia mocniejścisnęła wodze.Koniec ścieżki był już całkiem niedaleko.Carolyn jechała terazbrzegiem morza; wiatr targał jej niebieską spódnicą.Dzień był naprawdę uroczy.Białe obłoki leniwie płynęły po przejrzyściebłękitnym niebie.Celia dotarła do końca ścieżki i wyjechała na piasek.Odetchnęła zulgą i w tej samej chwili coś huknęło.Klacz skoczyła jak oparzona, niemalzrzucając ją z siodła i pogalopowała prosto przed siebie.Celia pochyliła się i przywarła do szyi konia.Długa grzywa chlastała ją poczole i policzkach.Przez moment widziała przerażoną twarz Caro i jej szerokootwarte usta.Prawdopodobnie coś krzyczała, ale słowa uleciały z wiatrem.Jak to się stało, gorączkowo myślała Celia, oburącz wczepiona w gęstągrzywę.Wszystko zdarzyło się tak szybko.Ze łzami w oczach próbowałapowstrzymać rozpędzonego konia.Szarpała wodze, ale to nic nie pomagało.Białe skały zmieniły się wrozmazaną smugę, a w uszach huczał jej ogłuszający szum wichru i morza.Kopyta klaczy głucho dudniły w ziemię
[ Pobierz całość w formacie PDF ]