[ Pobierz całość w formacie PDF ]
. Zawracaj do miasta i jak najszybciej dostań się na Cypr rozkazałstarzec. Zostawiam ci jastrzębia jako towarzysza niedoli.Będzieci przypominał, kim jesteś i jaki jest twój cel.Dbaj o niego.Jeślipodróż się przedłuży, musisz zapewnić mu pożywienie, bo sam nicnie upoluje.Gdy zginie, na zawsze pozostaniesz tylko cieniemsiebie samego.%7ływym trupem pozbawionym najpiękniejszychcząstek duszy.Bestią, która potrafi tylko nienawidzić.Drugi z ptaków zniżył lot. Kjek! Kjek! Kjek! zawołał śpiewnie, przeleciawszy nad głowąBelzebuba.Rozpoznał głos samicy. Ją zabieram rzekł starzec. Gdyby nie jej pomoc, jastrząb ztwoją duszą dawno już by zdechł.Ale teraz będzie pomagać mnie.Będzie moimi oczami w górach.To powiedziawszy, eremita w szkarłatnej riasie zniknął.Kalikstchwilę stał, wpatrując się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwiląwidział sylwetkę starca.To miraż pomyślał. Omam zesłany przez słońce, głód izmęczenie.Zimny dotyk srebrnego łańcucha z błękitnym krzyżem przekonał go,że to nie był sen na jawie.* * * A! To znowu ty! Co tam masz? zapytał żołdak przy bramie. Zioła.Takie, jak mi nakazał pozbierać mój pan. Pokaż! Co to za zielsko? To jest& hmm& ostrowonka. Na okłady? Na okłady.I nie tylko.Mówią, że od tego przyrodzenie sterczylepiej niż u byka, a twardsze jest niż kamień.Można heblować całąnoc, a sił nie ubędzie. Ha, ha, ha! To takie rzeczy twemu panu na myśli! No dobrze,idzże.Bo pan pewnie czeka u wrót swego haremu i nogamiprzebiera, he, he.Ech, te Syryjczyki, Saraceny& Tylko jedno im wgłowie.W mieście zapanował już spokój.Trupy gapiów rozszarpanychprzez Purrhosa uprzątnięto, ci, co ocaleli, rozeszli się, opowiadającznajomkom, czego byli świadkami.Pewnie na trzech słuchaczyzrazu jeden uwierzył, dopiero za kilka dni ludzie zaczną sięzastanawiać, czy czasem ta sama pogłoska powtórzona przezdziesięciu ludzi nie jest jednak prawdą.Teraz najważniejsze byłouprzątnąć swoje domostwa, zebrać dobra, które ocalały, otworzyćsklepy i rozstawić kramy.Na roztrząsanie, ile jest racji w opowieścio demonie, przyjdzie czas wieczorem, w tawernie przy dzbaniewina.W porcie niewiele się zmieniło.Fale miotały połamanymi deskami izdechłymi rybami, pośród których dryfowały trupy.Morze musiało jeprzynieść z głębszej wody na drugim końcu nabrzeża Kalikstdostrzegł wóz grabarzy, zbierających zwłoki poległych.Będą mielitutaj jeszcze kilka dni roboty.Dalej zobaczył statek, o którym mówił pustelnik.Był to okrętwojenny przebudowany na jednostkę kupiecką.Pokład dromony ażdudnił od stóp tragarzy wynoszących z ładowni worki ze zbożem,beczki z winem i paki ze skórami.Belzebub pokręcił się międzynimi, wreszcie wypatrzył kapitana. Ludzi do pracy wam nie trzeba? Widzisz tego grubego z czerwona gębą? To Konstantyn.Dowodzitragarzami.Może coś będzie miał. Chce płynąc na Cypr.Zabrać się na pokład. A umiesz coś? Wilk morski tasował go pogardliwymspojrzeniem. Wyglądasz mi na chudziaka. Różnych rzeczy się w życiu imałem.Dam se radę z każdą robotą. Pływałeś kiedyś? Znasz się na marynarskiej robocie? Do tego trzamieć krzepę i nie bać się wody. Dam radę. A niech tam! I tak nie mamy dość ludzi.Kilku poszło na służbę dobasileusa, ledwośmy przybili do Laodycei.Skusiły ich łupy wojenne.Jakby nie wiedzieli, że najlepsza robota podczas wojny to handel.Ale nie płacę dużo! Dostaniesz strawę, dzban wina i sto nummi nadzień. Niech będzie.Chcę tylko dopłynąć do Famagusty. Wyruszamy jutro rano, tuż po wschodzie słońca.Nie pętaj się bezpotrzeby, nie zachlej, nie chodz na dziwki, bo nie będziemy czekać.Kalikst spojrzał w niebo.Wysoko, pomiędzy lekkimi chmurkamiszybował jastrząb.Lepsza część jego duszy.* * *Dopiero gdy port rozmył się w oddali skryty za mokrą bryzą,Belzebuba opuścił skurcz żołądka, który towarzyszył mu od chwili,gdy wrócił do miasta.Strój sługi chronił go przed przypadkowymzatrzymaniem, szybko jednak zauważył, że po Laodycei krążąpatrole, które ani chybi mają za zadanie pochwycić go i z powrotemzawlec na ścięcie.Zmiał się w duchu z naiwności żołdakówbasileusa.Nawet gdyby postawili na nogi wszystkich zbrojnych,którzy ruszyli na wojnę z Seldżukami, po zmroku nie mieliby szans.Skryty pod skrzydłami cienia prześlizgnąłby się na mury, a z nichzszedł po linie tak jak to robił już nieraz.Z drugiej strony musiałjakoś dotrwać do wieczora i te dłużące się chwile napawały gonieustannym niepokojem.W nocy nie wyzbył się obaw siedział wkącie tawerny, obserwując spode łba pijących marynarzy iwęszących wszędzie żołnierzy.Pózniej poszedł spać do wspólnejizby, bo osobne zajęli kupcy i oficerowie ze statku.Leżąc pomiędzysapiącymi, chrapiącymi, burczącymi i pierdzącymi majtkami zestatku, cuchnącymi starym potem i wypitymi trunkami, nasłuchiwał,czy nie nadchodzą gady, by z powrotem zabrać go za kraty.Nic jednak się nie zdarzyło.Noc minęła spokojnie, nie liczącmordobicia, jakie miało miejsce tuż pod oknami tawerny.Doszło doniego między rabusiami zwabionymi przybyciem dromony ażołnierzami pilnującymi statku.Pobite opryszki szybko uciekły,jeden tylko został, wypuszczając czerwone bąbelki z rozharatanegogardła.Na morzu Kalikst zapomniał o strachach Laodycei
[ Pobierz całość w formacie PDF ]