[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Ten ptak padnie, gdy tylko zabraknie mu sił, które dał mu jego ostatniposiłek drapieżnika.Pan nasz stworzył go, by żywił się innym ptactwem, słabszym imniejszym.By łapał koszatki i zające.By szarpał ich mięso i spijał krew.Ale teraz, zesłabymi okruchami duszy naszego konstantynopolitańskiego złodzieja, już nie zapoluje, o nie!Będzie zbyt słaby na to, a z woli Stwórcy nie sięgnie po inne pożywienie.Gdy padnie, umrzewraz z nim część duszy Kaliksta.Na zawsze odejdzie w niebyt, do piekła, może do czyśćca,gdziekolwiek, byle dalej z tego świata.Kiedy ta chwila nadejdzie, Kalikst będzie już gotów,by zabić uzurpatora Diogenesa.Czarny Mnich podrzucił jastrzębia w górę.Ptak zatrzepotał skrzydłami, wydał z siebierozdzierający krzyk i z ciężkim łopotem wzbił się ku niebiosom.Zatoczył wielki krąg, na chwilę niknąc z oczu w ostrym świetle słońca.Zaraz jednakwrócił nad ziemię.Przeleciał nad kamiennym grzbietem, niemal muskając skały pazurami. Gołębie. powiedział zakonnik, wskazując kępę zeschniętych krzewów nieopodal.Zobaczcie.Znad skupiska głazów wyfrunęło stadko spłoszonych ptaków zaniepokojonych wielkimcieniem krążącego drapieżnika i jego wrzaskami.Jastrząb złożył skrzydła i spadł między nie,w mgnieniu oka, z ochrypłym krzykiem, bo tak nakazywała mu jego natura, bo tak zawszepolował.Jednak nie zabił.Zatoczył koło, dwa koła, i choć jego pazury wręcz muskały przerażone,tańczące w powietrzu gołębie, nie zacisnął ich na zdobyczy.Z ciężkim łopotem wzleciał kusłońcu.Czarny Mnich krzyknął za nim: Leć! Leć i umrzyj! Najszybciej jak możesz!* * *  Nie.Nie, on nie umrze tak łatwo.Zlepiec w szkarłatnej riasie odwrócił twarz od słońca.Nie chciał już dłużej na to patrzeć.Widział to.Widział wszystko, w bezsilności zaciskając tylko kułaki.Monastyr w Kapadocji,trupich braciszków, okaleczonego złodzieja z Konstantynopola.Dwóch spiskowców, no ijego  mrocznego mnicha w habicie w kolorze północy.Obraz, jaki malowały palące promienie na jego zasłoniętych bielmem oczach, zniknął, alestarzec wciąż słyszał złowróżbne słowa: Leć i umrzyj! Najszybciej jak możesz! Umrzyj!Umrzyj! Umrzyj!  słowa palące jak węgle wyciągnięte z ogniska.Ukrył roztrzęsione dłonie w rękawach swej szaty o barwie krwi i zaczął iść do eremu.To,co widział pod powiekami, w duszy, rysowane żarem lejącym się z nieba, przywołałonajgorsze wspomnienia i wzbudziło bolesny niepokój o przyszłość. Czarny Mnich jest zbyt silny. szeptał ociemniały pustelnik, bezszelestnie stąpając pogórskiej ścieżynie.Piął się na szczyt wzgórza Throni drogą, którą przemierzał już tyle razy, żeoczy nie były mu do tego potrzebne. Zgromadził w sobie tyle zła, że nikt mu nie dorówna wdiabelstwie.Przeklęty.Przeklęty po stokroć, a przecież nie zawsze taki był.Bezwiednie trącił podeszwą sandałów kamień, który podskakując po wysuszonej ziemi,poturlał się do przepaści.W dole zagrzmiało, gdy w ślad za skalnym okruchem poleciaływiększe głazy.Eremita w czerwonej szacie nie zwrócił na te hałasy uwagi, choć w jegouszach  wyczulonych przez ślepotę i lata spędzone na odludziu  zabrzmiały one tak, jakbywaliły się całe góry Troodos.Szedł dalej rozgniewany, nie zważając, że w skalne osuwiskospadają następne kamienie. Ten jastrząb nie umrze tak łatwo, czarny diable! I on.On też nie umrze, nie umrze jegodusza, jego dobra część.Powtarzał te słowa z narastającą furią.Wzbierała w nim złość, jakiej pędząc spokojnyżywot na cypryjskim odludziu, dawno nie czuł. Satanaelskie ścierwo, jeszcze będziesz błagać o litość! Ale próżne będą to jęki! Twechwile są policzone!  ryknął ślepiec, strącając w przepaść kolejną, trzęsącą całymi góramilawinę.Wysunął ramię ku słońcu i trwał tak chwilę.Nieruchomo jak posąg, powtarzając cichosłowa, które brzmiały jak magia. Logos.Nadejdzie Logos i kres dla sług Satanaela.Wtedy z nieba, zdawać się mogło  z samego słońca, z jego blasku  sfrunął jastrząb,drobna samica o płowych piórach.Usiadła na ramieniu ociemniałego eremity, strzępiącpazurami rękaw szkarłatnej riasy [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl