[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Biegli wąską ścieżką, którą słaby sierpksiężyca z trudem wyłuskiwał z ciemności.Przed nimi wyrosły narazjakieś wysokie cienie, Aidan otarł rękę o występ skalny, w ostatnimmomencie uskoczył przed dość mizernym krzakiem.Nie zatrzymując się nawet na moment, pędzili zaRandżanem i wreszcie znalezli się na nieco szerszej drodze, któraniemal przez dziesięć minut wiodła stromo pod górę.Aidan, któryprzez niemal całoroczną niewolę zupełnie stracił formę, odczuwał jużkłucie w boku i z trudem oddychał.Po coraz głośniejszym sapaniuSzarifa zorientował się, że i on nie czuje się najlepiej.Jednak Randżannie zwalniał, biegł dalej, nie oglądając się za siebie.Dopiero gdydotarli do następnej półki skalnej, zatrzymał się.- Konie czekają jeszcze kawałek dalej pod górę.- Przedtem nie byliśmy tak daleko od ich obozu - zauważył Nicolas.- Kiedy zobaczyłem, co się stało, byłem pewien, że roześlą tuwszędzie szpiegów, dlatego wycofałem się w bezpieczne miejsce.Szybko, nie traćmy czasu.- Odwrócił się i pobiegł przed siebie.Zcieżka wiła się u podnóża masywu górskiego, aż wreszcie stanęli uwylotu jaskini, w której ujrzeli konie i trzy kuce ze spętanymikończynami.Randżan zajął się zdejmowaniem więzów, Szarif pośpieszył mu zpomocą.- A gdzie reszta koni? - zapytał Nicolas, wyprowadzając z jaskinijednego kuca.- Puściłem je wolno po drugiej stronie obozowiska, trochę dalej leżąich trzej wysłannicy.Mam nadzieję, że to wywoła w obozie niemałyzamęt.- Dosiadł kuca.Szarif pomógł Aidanowi dosiąść trzeciego kuca, a sam wskoczył nakonia.Ruszyli dalej pod górę wąską ścieżką i niebawem wydostali sięna drogę wiodącą do kotliny.Tu puścili konie kłusem, a po chwiliwyciągniętym galopem.Drobne kamienie pryskały spod kopyt na boki,pędzili teraz na łeb na szyję, zdając sobie sprawę, że tamci ruszą zanimi w pościg natychmiast, gdy znajdą trupy.Ta świadomośćwystarczała, aby Aidan nie zwracał uwagi na ból w ramieniu, którezdawało się płonąć żywym ogniem.Kiedy oddech koni stał się bardziej płytki i świszczący, a ich krokchwiejny, Randżan ściągnął cugle.Niewielka dolina leżała daleko zanimi, ale obawa przed pościgiem nie minęła.Raz po raz oglądali się za siebie, biegnąc teraz stępa.W powietrzu słychać byłojedynie uderzenia kopyt o kamienie.Aidan czuł krople potu, cieknącespod włosów na brwi, lewą rękę miał już zupełnie bezwładną,oblewały go na przemian fale to zimna, to gorąca.- Nie wiedziałem, że jesteś z Aidanem - rzekł do Szarifa Randżan.-Byliśmy przekonani, że Aidan jest sam.Kiedy ujrzałem, jak Brian.jak.Razem z Aidanem tamci wyprowadzili z namiotu drugiegoczłowieka, dopiero wtedy zorientowałem się, że pojmali też ciebie.Gdybym tego nie zobaczył, przyszykowałbym o jednego konia zamało.- Dziękuję ci, Randżan - mruknął Aidan bezbarwnym głosem.- Nigdynie zapomnę tego, co dla nas zrobiłeś.Do podziękowań przyłączyli się również Szarif i Nicolas, aleRandżan jedynie wzruszył ramionami.- Przepraszam, starszy sierżancie Khan - dodał ciszej Nicolas.-Szkoda, że nie posłuchaliśmy pana rady.- Tak - odparł Randżan jeszcze ciszej.- Ja też żałuję.*Nim dotarli do Zimli, kilkakrotnie się zatrzymywali, aby w mijanychosadach kupić coś do jedzenia.Znalezli też uzdrowiciela i zaprowadzilido niego Aidana, któremu przedtem unieruchomili prowizorycznieramię za pomocą dwóch gałęzi.Okazało się jednak, że jest to złamaniez przemieszczeniem, uzdrowiciel musiał więc razem z Randżanemnastawić kość na nowo.Mimo wysiłków poprawa następowała wolno,ale przynajmniej ból zaczął ustępować, a krwawa wybroczyna traciłakolor.W Zimli powitano ich niemal z niedowierzaniem.Spędzili tam kilkadni, w tym czasie Aidan znajdował się pod opieką lekarza pułkowego.Dopiero tutaj odpoczęli naprawdę, zwłaszcza że przestali się obawiaćpościgu.Wyposażono ich w mundury wojskowe, po czym Szarifwyruszył do swoich, a Aidan, Nicolas i Randżan pojechali dalej doDelhi, skąd mieli udać się pociągiem do Kalkuty.Cała droga zajęłaniemal trzy miesiące.Wczesnym popołudniem dotarli wreszcie docelu. Przed koszarami drogę zastąpił im jeden z żołnierzy pełniącychdyżur.- Witam serdecznie, kapitanie Landor - powiedział, po czymzasalutował Nicolasowi.- Kapitanie, havildar major Khan.Zdążyliśmyjuż zwątpić w powodzenie akcji.- Wspaniale, że jednak pan wrócił, kapitanie Landor - powitał go innyżołnierz.- A gdzie podporucznik Casey, sir?- Zginął - odparł krótko Randżan.Nie zwracając już uwagi nazaskoczonego tą odpowiedzią żołnierza, cała czwórka wjechała nadziedziniec.Kilku żołnierzy podbiegło do nich, przejmując kuce, powitali Aidana,pogratulowali Nicolasowi udanej akcji, wyrazili ubolewanie z powoduBriana i z uznaniem poklepali Randżana po ramieniu.Na dziedziniec wyszedł major Maddox.- Dobry Boże, więc jednak udało się panu, kapitanieAllenger--Brown! - zakrzyknął.Machnął niedbale ręką, kiedy Aidan,Nicolas i Randżan stanęli na baczność.- Na raport mogę poczekać.Kapitanie Landor, jest pan ranny, jak widzę? Zaraz wezwę lekarza.Aco z podporucznikiem Caseyem?- Nie żyje, sir - odparł Nicolas.Po twarzy Maddoxa przemknął cień smutku, szybko jednak wziął sięw garść.Polecił wyznaczyć dla całej trójki kwatery i wezwać lekarza, atakże zadbać o ich potrzeby.Randżana umieszczono w tej części koszar, którą zajmowali hinduscyżołnierze i oficerowie [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl