[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- Ty rozumiesz?! Przetrwać z tobą wojnę, powstanie i nagle stracić cięw Bydgoszczy przez czerwonkę?! Tego ja bym nie prze\yła! - rzekła zmocą.Rozumiałem ją.- Zaiste byłoby głupio - przyznałem.Któregoś dni zwierzyła mi się, \e ten ktoś, kto zdobył dla mnie francuski wermut, to panTeodor Cołojew.- Gdyby nie on, to nie miałabym go nigdy! Byłam całkiem zagubiona!I pan Teodor jak dawniej okazał się niezawodny.Prawdziwy przyjacielw biedzie.To cud, \e go znalazłam w Bydgoszczy.Bez niego bym chyba oszalała! Wtedy znów usłyszałem o panu Teodorze, o którym zapomniałem na śmierć.Ostatni razwidziałem go przed powstaniem, gdy razem z mamą i Jurkiem byliśmy nad Wisłą w pewnąpiękną, słoneczną niedzielę*.Kiedy mnie wypisywali ze szpitala, zjawił się razem z mamą.Mało się zmienił.Miał tę samąśniadą cerę i wypukłe oczy, którymi patrzył na mnie smutno.Mo\e trochę posiwiał naskroniach.Ale tego prawie nie było znać, bo golił do skóry swą okrągłą głowę.Dalej bił zniego spokój i jakaś pierwotna, azjatycka siła.Tą siłą przypominał ojca.Miał wschodniakcent ludzi z Rosji.Białych emigrantów, których znałem od dziecka.Nosił dalej piero\ek,który teraz zdjął, i, świecąc brązową łysiną, rzekł, jakbyśmy się wczoraj rozstali:- Serwos, Jarok.Narobiłeś matce stracha, ale po wsiem! Zdrow ju\ jesteś, sława Bohu! - uścisnął mnie i potargał mi włosy.- Ma on te szopu,pani Basio, a\ zazdrość bierze, no i chłopok wyrosł.Ju\ prawie jak pani!- To nie sztuka - odparła mama jak zwykle.- Ale mi zmizerniał.- Odmizernieje.W tym wieku bystro idzie.- Synuńku mój! - mama spojrzała na mnie zakochanym wzrokiem.- Zaraz się wezmę za ciebie, bo a\ mi się serce kraje, jak patrzę, jakiś tyblady.Jak papier.Nawet słodkie pie\ki ci zeszły.Z tego chyba się cieszysz,głuptasie?- Bardzo.Jedyny po\ytek - mruknąłem czerwony.* Patrz Lwy., s.221-225.168- Strasznie się przechorował.Strasznie, panie Teodorze.To nie ten samdzieciak.Czy dasz radę pójść do tramwaju? - spytała mnie z troską.- Jasne.- To poszli, pojechali! - uciął pan Teodor, wło\ył piero\ek i wziął rzeczy.Wyszliśmy na ulicę.Dawno nie byłem na dworze i odurzyło mnie.Był piękny, słonecznydzień i wcią\ trwały wakacje.- Spływ szlag trafił, ale pobawię się przynajmniej na podwórku- pocieszałem się.Dziwne, \e choć pan Teodor szedł wolno, nie mogłem nadą\yć.Nogi misię gięły.Mama prowadziła mnie jak kalekę.W tramwaju jakaś kobieta wstała i ustąpiła mimiejsca.- Ten chłopiec musi być bardzo chory - rzekła.Usiadłem i patrzyłem w okno.Prawie wszystkie domy całe.Du\o czteropiętrowych,wy\szych od naszego w Warszawie.Niektóre z czerwonej cegły, o wąskich, długich oknach,podobnych do tych, które widziałem we Wrocławiu.Zatrzymaliśmy się w wynajętym pokoju.Był tam roczny chłopczyk, który mamie straszniesię podobał i wcią\ mi go pokazywała.- Rozkoszny! Chciałbyś mieć takiego braciszka? -pytała mnie, obsypując go całusami.W mieszkaniu u pana Teodora nie byliśmy.Jurek był na jakimś obozie nad morzem.Zresztąszybko wyjechaliśmy z Bydgoszczy, bo mama otrzymała depeszę od ojca, w której donosił,\e jest w domu i czeka na nas.- Jak to?! Przecie\ mieli jeszcze płynąć?! - zdziwiłem się.- Ale dopłynęli tylko do Piły, a stamtąd tata wrócił do Warszawy.- Znaczy nie przekroczył dawnej granicy polskiej i nie widział tych nowych, odzyskanych rzek?- Nie wiem.Wszystkiego dowiemy się na miejscu.Ojciec kazał natychmiast wracać! Jest bardzo zgnębiony.Sama się niepokoję.Pan Teodor odprowadził nas na dworzec.Był smutny i zamyślony.Wsadził nas doprzedziału, serdecznie po\egnał się z mamą i ze mną.Miał łzy w oczach.Mama te\.Potem stał na peronie, a gdy nasz pociąg ruszył, długo machał nam ręką.W końcu po wojskowemuprzyło\ył dłoń do piero\ka.Mama te\ machała mu chustką, wychylona z okna, a potemsmutno usiadła przy mnie.- Dlaczego pan Cołojew jest z Jurkiem w Bydgoszczy, a nie na naszejKolonii, gdzie ma mieszkanie i jest Hania? - spytałem.- Z ró\nych względów woli być w Bydgoszczy.Tu mniej ludzi go zna.Jest spokojniej i ma dobrąpracę.Jurek te\ ma tu doskonałą szkołę, a wiesz,\e Jurek dla niego jest tak wa\ny, jak ty dla mnie.- Wiem. Jurok pana Cołojewa urok!" - wspomniałem mój złośliwyrym.169- No właśnie.Jest wspaniałym ojcem.Rzadko się zdarza taki ojciec, bybył dla syna jak najczulsza matka - rzuciła, patrząc na mijane pola [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl