[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Dlatego tam jedziemy.Ciekawe, czy naprawdę w to wierzyła.Czy tak powiedział jej Jiaguo? Jakieznów ważne sprawy w Kunmingu? Dawno temu zsyłano tam dygnitarzy, którzypopadli w niełaskę.Jeśli nie obcięli ci głowy, zsyłali cię do Kunmingu, leżącego prawiena samym krańcu Chin, wśród prymitywnych plemion.Oczywiście, teraz wyglądałotam inaczej, ale nadal przychodziło mi na myśl wyrażenie używane przez stryja:kunjing Kunming, czyli  utkwić w dziurze, zupełnie jak w Kunmingu", wypaść zprawdziwego świata.Kunming wydał mi się bezpieczną kryjówką, w której nikt nasnie znajdzie.Cieszyłam się, że tam jedziemy.Kiedy spakowałam już walizkę Wen Fu, wzięłam się do swojej.Na spodzie, podpodszewką wciąż czułam srebrne pałeczki, które dostałam w wyprawie ślubnej.Natym ułożyłam pudełko po ciastkach z całą moją biżuterią i maleńką niebieskąbuteleczkę po perfumach, którą dawno temu dała mi matka.Przykryłam to wszystkoparoma dobrymi ubraniami.Nagle zauważyłam, że spakowałam same zimowe rzeczy,zupełnie jakbym nie miała dożyć następnej pory roku.Co za zły omen! W ostatnimmomencie wyjęłam jeden sweter i dołożyłam dwie letnie sukienki.Garnki, patelnie i kilka par starych butów oddałam kucharce i jej córce.Odrazu wiedziałam, komu dać pozostałe rzeczy, których nie mogłam zabrać.Wan Bettynadchodziła właśnie drogą, więc zawołałam, żeby zatrzymała się na chwilę.- Dokąd pojedziesz? - zapytałam.- Do Nanczang, do teściów?Szybko pokręciła głową.- Oni nie chcą mnie, ja nie chcę ich - powiedziała z siłą i odwagą.- Zostaję tutaj.- Wobec tego pomóż mi zabrać parę rzeczy - powiedziałam.Zawołałam służącego, by przyniósł radio Wen Fu, resztę moich ubrań i małąmaszynę do szycia.Kazałam mu włożyć to wszystko do rikszy, stojącej wciąż przednaszym domem.- Zabierz to do siebie - powiedziałam Wan Betty.Zauważyłam, jak Hulanprzygryza wargi na widok wynoszonej maszyny.Wiedziałam, że strasznie chciałaby jąmieć, mimo że nie starczyłoby jej miejsca.Wan Betty zaczęła protestować, ale ją powstrzymałam: - Nie ma czasu na te uprzejme kłótnie.Uśmiechnęła się.- Dobrze więc - powiedziała.- Będę używać maszyny, żeby zarobić na życie dlasiebie i dziecka.- Zcisnęła mnie za ręce.- Na zawsze mam wobec ciebie dług - dodała.- Nawet gdybym zwróciła ci go dziesięciokrotnie, wciąż byłoby mało.Wiedziałam, że w ten sposób życzy nam obu, byśmy się znów spotkały.Potemszybko wyciągnęła coś z portfela.Była to jej ślubna fotografia.Miała na sobie pomiętądługą atłasową suknię, a jej mąż pilot czarne spodnie, białą marynarkę i przekrzy-wioną muszkę.Każda para pożyczała te same ubrania od fotografa, robiącego zdjęciaślubne w zachodnim stylu.Podziękowałam jej za fotografię.Uważałam, że zostając, daje dowód odwagi, bomogła chyba wykłócić się z ludzmi z Sił Powietrznych, by zabrali ją ze sobą.Teraz Jiaguo zaczął krzyczeć:- Jedziemy!Wen Fu krzyknął to samo i służący też zaczęli nas popędzać.Wrzuciłyśmywalizki na tył otwartej wojskowej ciężarówki, po czym wspięłyśmy się same.Było tamtak wysoko, że Wen Fu musiał mnie wciągać, podczas gdy Hulan popychała mnie odtyłu.- Pospieszcie się! - krzyknął Jiaguo cienkim głosem.Nagle serce zaczęło mi walić.Pomyślałam, że uciekamy nie dość szybko iJapończycy pojawią się tu w każdej chwili.Każdy chyba o tym myślał.- Pospieszcie się, jedziemy! - krzyczeli wszyscy razem.- Wsiadaj prędko, nietrać czasu!Tył ciężarówki szybko się zapełnił.Dziewięcioro ludzi siedziało ciasno oboksiebie.Oprócz Hułan i mnie jechali sami mężczyzni: nasi mężowie, dwóch pilotówtrzeciej klasy, dwóch urzędników, z których jeden wyraznie wywyższał się naddrugiego, staruszek, który zapłacił mnóstwo pieniędzy, żeby go zabrać i, rzecz jasna,kierowca, mężczyzna nazywany  starym panem Ma".Tak naprawdę nie był wcalestary, mówiło się tak do niego w dowód szacunku.Do niego należało dowiezć naswszystkich do Kunmingu.Nagle stary pan Ma zaklął ochryple, silnik zaskoczył z głośnym rykiem iruszyliśmy ulicą, mijając domy, które straciły elegancję tak samo jak ten, któryopuściliśmy. Skręciliśmy w następną ulicę i wyjechaliśmy przez bramę na ZachodniejZcianie.Skręcaliśmy jeszcze wiele razy, jadąc wąskimi drogami ukrytymi wśród drzew.Zostawiwszy za sobą miasto, objechaliśmy jezioro Bez Trosk, które wyglądało pięknienawet w zimie: ciche i spokojne, falujące przy brzegach porośniętych płaczącymiwierzbami.Wyglądało tak, jakby nie zmieniło się ani na jotę od czasów ostatniegocesarza.Pożałowałam, że nigdy nie przyszłam tu na spacer, by poczuć w sercu tenniezmienny spokój.Wtedy zobaczyłam małego chłopca stojącego na brzegu.Był bardzo daleko, alewidzieliśmy, jak macha.Podskakiwał i wołał coś.Myśleliśmy, że dojrzał mundurypilotów, więc wiwatuje na ich cześć.Pomachaliśmy do niego.Zaczął biec w nasząstronę, podskakując i wymachując rękami wysoko nad głową.Chciał, żebyśmy sięzatrzymali, czego, rzecz jasna, nie dało się zrobić.Kiedy go mijaliśmy, zaczął tupaćnogami.Podniósł parę kamieni i wrzucił je do jeziora, mącąc gładką taflę wody.Rozrzucił ręce, naśladując wybuch.- Bum! - krzyczał.- Bum! Bum!Potem ten niedobry chłopak podniósł jeszcze jeden kamień i rzucił nim wciężarówkę [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl