[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.A możeMehmeta? Mogła tylko zgadywać, co się z nim stało.Przed ponurązadumą uchroniło ją wejście Mariosa. Swoją pracę wykonałem oznajmił. Chce mi się pić.Mariosza przyzwoleniem Christakisa wyręczał Loukisaw zajęciach na gospodarstwie. Idz do brata, zobacz, co tam u niego, i nalej sobie soku poleciłaDespina. Ja prawie kończę.Marios dał matce spokój, by mogła skończyć sprzątanie.Pięćdziesiąttrzy kroki dalej, bo liczył, na krześle siedział już ubrany Loukis igmerał przy butach.Marios schylił się i pomógł mu zawiązaćsznurowadła. Muszę się stąd ruszyć rzekł Loukis. Duszę się tutaj. Dokąd chcesz iść? Nie wiem, gdziekolwiek. Pójdziesz ze mną odwiedzić Nikosa?Loukis odczytał prośbę w oczach brata i nie potrafił mu odmówić.Spacer do kościoła zajął mnóstwo czasu, bo Loukis kuśtykał, bolałygo nogi i żebra, a gdy dotarli do grobu Nikosa, z grymasem bóluprzysiadł na trawie.Marios podłożył mu pod plecy swoją torbę i zacząłwyrywać chwasty, które przebijały się spod ziemi do życia.Cmokałprzy tym z niezadowoleniem. Jak często tu przychodzisz? spytał Loukis.On sam odwiedziłzmarłego brata zaledwie kilka razy i miał się czego wstydzić. Przychodzę codziennie rzekł Marios. I co tu robisz? Rozmawiam z nim.robię porządek, bo chwasty tak szybkoodrastają.takie rzeczy.co mi przyjdzie do głowy. O czym z nim rozmawiasz? Bo ja wiem, chyba o wszystkim.Teraz głównie o tobie i tychdraniach, którzy cię pobili.Mówiłem, że powinniśmy pójść na policję,ale Nikos radził, że lepiej wziąć grube kije i tłuc ich, póki nie wyzionąducha.Loukis się roześmiał.Dziwne, ale myśl, że zmarły brat odczuwagniew, była pokrzepiająca, choćby się tak tylko roiło w głowie jegożyjącego blizniaka.Gdy ostrożnie układał się wygodniej na torbieMariosa, mignęła mu w oddali lśniąca czernią włosów główka.Popatrzył w stronę bramy cmentarza. Ktoś nas szpieguje powiedział.Marios rozejrzał się i szeroki uśmiech pojawił się na jego twarzy. Elpida! Chodz tutaj i się przywitaj.Poszedł po małą do bramy i namówił ją, by do nich podeszła.Ciekawość wzięła w niej górę nad niepewnością.Loukisowi wydawałasię bardzo malutka, ale w jego oczach wszystkiedzieci takie były.Chciał się jej przyjrzeć, wykręcał głowę, lecz Elpidachowała się za nogami Mariosa.- Hej, Elpido mou, podejdz, nie bój się, powiedz dzień dobry.Mała ostrożnie wysunęła się zza Mariosa.Stała oblana słońcem, zjedną nogą wysuniętą do przodu, gotowa zerwać się do ucieczki._ Czy wiesz, kto to jest? spytał Marios, wskazując na brata.Elpida kiwnęła głową. No kto to?Głęboko zaczerpnęła powietrza. To wariat znany we wsi.Loukis wybuchnął na te słowa głośnym śmiechem, który przeszedł wpaskudny grymas, bo przeszył go ostry ból.Marios się nie śmiał, byłzadziwiony. To nie jest żaden wariat, Elpido.To mój brat Loukis.Elpidaotworzyła szeroko oczy.Spojrzała jeszcze na Mariosa,który uśmiechał się zachęcająco, i zrobiła kilka kroków do przodu.Powolutku wyciągnęła prawą rączkę i ostrożnie dotknęła twarzyLoukisa. Loukis? spytała.Trochę oszołomiony niespodziewanym gestem Loukis ostrożnieskinął głową, by rączka się nie cofnęła. Loukis powtórzyła Elpida, ale już zdecydowanie. WilkLoukis.Marios spęczniał z dumy, przypomniawszy sobie prezent, którypodarował małej, gdy była jeszcze niemowlęciem. Tak! wykrzyknął. Tak, Elpido.To wilk Loukis.Jesteświlkiem. Mała zachichotała w twarz Loukisa.I zawsze będziesz mnie bronił.13Cypr jest najbardziej urokliwy wiosną i częściowo dlatego Loukiszaczął odbywać długie spacery, na które decydował się nie do końcaświadomie: budził się gotowy do pracy, ale gdy wciągał buty,odchodziła mu ochota, by zabrać się do zajęć, na jakie poprawazdrowia już mu pozwalała, i zamiast tego wyruszał w drogę wcześnie,gdy tylko anemony otwierały swe kielichy ku słońcu, i wracał, kiedy jezamykały o zmierzchu.Jeżeli poczuł głód w porze lunchu, kupowałcoś u nieznanych chłopów, a pragnienie gasił wodą z potoków
[ Pobierz całość w formacie PDF ]