[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Magda nie pamiętała, jak się nazywał.„Piętnaście lat to strasznie dawno, ale może pracuje tu jeszcze ktoś, kto ich zna” – pomyślała Magdalena, przechodząc do następnych eksponatów.Rzuciła okiem na prace uczniów – jakieś gobeliny, makatki, rysunki, obrazy, rzeźby, metalowe świeczniki; przejrzała kroniki, lecz nie natrafiła na żadną wskazówkę, aż wreszcie na ostatnim stoliku, tuż obok księgi pamiątkowej znalazła skarb – księgę personelu, a w niej nazwiska wszystkich, którzy byli zatrudnieni w ośrodku, oraz informacje, na jakich stanowiskach pracowali i w jakich latach.A wszystko uporządkowane alfabetycznie.Trochę trwało, zanim Magda trafiła na ludzi, których szukała: Lucyna Wieczorek – kucharka, Józef Wieczorek – konserwator.Rzeczywiście, teraz sobie przypomniała, że wołano na niego Ziutek.Odeszli z pracy piętnaście lat temu.Zaczęła przeglądać księgę w poszukiwaniu osób, które zetknęły się z małżeństwem Wieczorków i pracują w ośrodku do dziś.Zapisała dwa nazwiska: Alina Szyszka – sekretarka i Małgorzata Sarniuk – pracownik fizyczny.Kiedy chowała notes, zadzwonił dzwonek na przerwę.Magda wpisała kilka słów do księgi pamiątkowej, zamknęła salę i poszła do sekretariatu.Sekretarka kończyła właśnie jeść kanapkę.– I jak tam? – spytała, przełknąwszy ostatni kęs.– Odnalazła pani znajome ślady?– Tak, oczywiście.Cieszę się, że tu przyjechałam.Dziękuję bardzo.– Magdalena położyła klucz na biurku.– A pamięta pani może panią Lucynę Wieczorek? Ona była tu kucharką.– No pewnie, że pamiętam.Po jej odejściu kuchnia zupełnie zeszła na psy.Ale takiej Lucynie to i trudno dorównać.Z niczego potrafiła wyczarować arcydzieło kulinarne.– Pamiętam kluchy na parze – rozmarzyła się Magda.– Takie niesamowicie puszyste, najlepsze, jakie jadłam.– A pierogi…– Pierogi też były super… Ja bardzo chciałabym odnaleźć panią Lucynę i podziękować jej.I to nie tylko za kluchy i pierogi.Bo wie pani, miałam siedem lat, kiedy tu trafiłam.Pewnie tyle samo, co ta dziewuszka w łazience.A pani Lucyna niejeden raz mnie pocieszała, przynosiła ciastka… – Magdalena kłamała jak z nut, patrząc sekretarce prosto w oczy.Kłamstwo nigdy nie sprawiało jej trudności.– Jej mąż też tu pracował.Sklejał nam czasem jakieś zabawki, naprawiał zamki u kurtek…– A, Ziutek! Nasza „złota rączka”! Oj, szkoda go, naprawdę.Ten konserwator, który jest teraz, wciąż oddaje coś do naprawy na zewnątrz i jeszcze to elektryka każe wezwać, to znów hydraulika.A Ziutek wszystko robił sam, żadni fachowcy nie byli mu potrzebni.– A co mu się stało?– Ziutkowi? – zdziwiła się sekretarka.– No tak, panu Wieczorkowi – potwierdziła Magda.– A dlaczego miałoby mu się coś stać?– No… mówiła pani, że go szkoda.– A tak, rzeczywiście tak powiedziałam.Szkoda, że już u nas nie pracuje.Razem z Lucyną odszedł.Mieszkanie dostali po babce czy ciotce i jakimś dzieckiem się mieli zaopiekować.Jako rodzina zastępcza.Lucyna się wtedy tak cieszyła, bo jakoś własnych dzieci mieć nie mogli.I z mieszkania też się cieszyła, bo tu mieszkali w maleńkim służbowym pokoiku.Gdy tylko znaleźli pracę bliżej domu, to się zaraz zwolnili.Ciekawe, jak tam teraz sobie żyją.– A czy pani może wie, gdzie mogłabym ich szukać?– Nie mam zielonego pojęcia.– A może ktoś inny z pracowników mógłby mi pomóc? – Magdalena nie dawała za wygraną.– Tak bardzo pani zależy? – Sekretarka spojrzała na nią uważnie.– Bardzo.Małgorzata Sarniuk myła właśnie okno na pierwszym piętrze.Po wysłuchaniu Magdaleny zmierzyła ją podejrzliwym spojrzeniem.– Lucyna Wieczorek i ciasteczka? Aż mi się wierzyć nie chce.Ale czasami ludzie się zmieniają.Może dopiero później zrobiła się taka zgorzkniała… A kiedy zdecydowała się, że weźmie to dziecko (bo tam jakaś babka umarła, która opiekowała się dzieckiem swojej córki czy siostrzenicy, nie pamiętam, jakaś piąta woda po kisielu dla Ziutka), i przyszła mi o tym powiedzieć, od razu poznałam, że coś się stało, coś dobrego, bo Lucyna była taka… jakby jakieś światło w sobie miała.I na dzieciaki przestała burczeć, a czasami nawet pogłaskała które młodsze.To może i kiedyś była inna, chociaż wcale mi to do Lucyny nie pasuje.Ale gdzie się przeprowadziła, to nie wiem.– Może chociaż ulicę albo dzielnicę pani zna? – Magdalena nie poddawała się tak łatwo.– Pewnie i mi mówiła, ale nie pamiętam.Przecież to już… – zastanowiła się chwilę – kilkanaście lat minęło.Tak szybko minęło… – westchnęła.– Gdyby pani się coś skojarzyło, to ja zostawię mój numer telefonu, dobrze? – Magdalena zrobiła minę, dzięki której ostatnio w urzędzie załatwiła od ręki zaświadczenie, chociaż zazwyczaj czeka się na nie dwa tygodnie.W tym wypadku mina też okazała się skuteczna.– Jakby co, zadzwonię – obiecała Małgorzata Sarniuk, chowając wizytówkę do kieszeni roboczego fartucha.– Proszę pani, proszę pani! – Zadyszana sprzątaczka dogoniła Magdalenę, gdy ta otwierała właśnie drzwi samochodu.– Wojska Polskiego! Ulica Wojska Polskiego! Gdzieś w pobliżu tych dużych delikatesów! Lucyna czasami jeździła tam po wędliny i cieszyła się, że jak się przeprowadzi, to będzie miała blisko.*Maria sprawdziła ostatni test, oceniła go na dobry plus i z westchnieniem ulgi rzuciła długopis na biurko.Właściwie powinna jeszcze sprawdzić kartkówki drugiej „be” (przyzwyczaiła uczniów, że sprawdziany oddaje na następnej lekcji), ale dzisiaj nie miała ochoty już dłużej siedzieć nad uczniowskimi wypocinami.Fakt, że jej się nie chciało, nie był niczym nadzwyczajnym, nadzwyczajne natomiast było to, że tym razem wyjątkowo nie próbowała przemóc tej niechęci, tylko poddała się jej bez najmniejszego oporu.„Ciekawe, jakie miny będą miały jutro dzieciaki, kiedy dowiedzą się, że nie sprawdziłam” – pomyślała, czesząc włosy przed lustrem.Sięgnęła do szafki z kosmetykami.Na co dzień używała jedynie pudru i tuszu do rzęs, więc chwilę trwało, zanim znalazła kredkę do oczu, cienie i pomadkę.Chciała wyglądać inaczej niż zwykle.Chociaż troszeczkę inaczej… Bo i inaczej się czuła [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl