[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.–Wzięliśmy ze sobą latarki.Czy mamy je wyjąć? – zapytał Kevin.–Nie ryzykujmy – zdecydował Jack i w tym samym momencie wpadł na łódź.Sprawdził, czy dobrze stoi na brzegu, zanim polecił wszystkim wsiąść i przejść na rufę.Gdy znaleźli się z tyłu, Jack poczuł, jak dziób lekko się uniósł.Zaparł się mocno nogami i zaczął spychać łódź na wodę.–Uważajcie na podpory pomostu – zawołał, wskakując na pokład.Wszyscy starali się pomóc i odpychali się od mijanych drewnianych słupów.Kilka chwil zabrało im przepłynięcie na koniec pomostu zamknięty pokładem do cumowania.W tym miejscu wykręcili i wypłynęli na otwarte, połyskujące księżycowym światłem wody rzeki.Mieli tylko cztery wiosła.Melanie nalegała, by pozwolono jej wiosłować.–Chciałbym odpłynąć jakieś sto metrów od brzegu, zanim włączymy silnik.Nie ma sensu ryzykować – stwierdził Jack.Wszyscy spoglądali na spokojne Cogo z białymi budynkami zanurzonymi w srebrzyście połyskującej mgiełce.Otaczająca miasto dżungla sprawiała, że miasto otulał granatowy cień.Ściany roślin przypominały spienione fale przypływu.Nocne odgłosy dżungli pozostały w tyle.Słychać było jedynie plusk wody i skrzypienie wioseł ocierających się o burty.Nikt się nie odzywał.Szybko bijące serca uspokajały się, oddech stawał się spokojniejszy.Mieli chwilę czasu na przemyślenia i dokładniejsze przyjrzenie się okolicy.Szczególnie nowo przybyłych ujęło przykuwające piękno nocnego afrykańskiego krajobrazu.Kolejne piętra dżungli wznosiły się pionowo, przytłaczając bliższe otoczenie.W Afryce wszystko zdawało się większe i rozległejsze, nawet nocne niebo.Z punktu widzenia Kevina wyglądało to inaczej.Ulga, jaką poczuł, uciekając z Cogo i pomagając innym w ucieczce, tylko wzmogła katusze wywoływane świadomością losu, który czekał bonobo.Stworzenie tych chimer okazało się wielkim błędem, ale pozostawienie ich w dożywotnim więzieniu w ciasnych klatkach nieznośnie wzmagało poczucie winy.Jack wyjął wiosło z wody i złożył je na dnie łodzi.–Czas na uruchomienie silnika – stwierdził.Spuścił śrubę do wody.–Poczekaj – powiedział nagle Kevin.– Mam prośbę.Wiem, że nie mam prawa was o to prosić, ale to ważne.Jack wyprostował się.–Co ci tam chodzi po głowie, chłopie?–Widzicie wyspę, tę ostatnią w łańcuchu? – zapytał, wskazując jednocześnie na Isla Francesca.– Tam są bonobo.Zamknięte w klatkach zostawionych przy podstawie mostu łączącego wyspę z lądem.Niczego bardziej w tej chwili nie pragnę niż popłynąć tam i uwolnić je wszystkie.–Co to by dało? – zapytała Laurie.–Dużo, jeśli udałoby mi się przeprowadzić je przez most.–Czy wasi przyjaciele z Cogo nie zdołaliby ich znowu wyłapać? – spytał Jack.–Nigdy ich nie znajdą – odpowiedział Kevin coraz bardziej zapalony do swego pomysłu.– Uciekną.Stąd, z Gwinei Równikowej wiecznie zielone lasy ciągną się tysiące kilometrów kwadratowych w głąb lądu.Dziewicza dżungla porasta nie tylko ten kraj, ale i Gabon, Kamerun, Kongo i całą Republikę Środkowoafrykańską.W sumie to miliony kilometrów kwadratowych ziem ciągle nie zbadanych.–Zostawić je samym sobie? – wtrąciła się Candace.–Właśnie tak.Dostaną szansę, a ja wiem, że ją wykorzystają! Są zaradne.Pomyślcie o naszych przodkach.Oni musieli przeżyć nawet plejstoceńskie zlodowacenie.To stanowiło poważniejsze wyzwanie niż życie w tropikalnym lesie.Laurie popatrzyła na Jacka.–Podoba mi się ten pomysł.Jack spojrzał w stronę wyspy i zapytał, w którym kierunku jest Cocobeach.–Zejdziemy z kursu – przyznał Kevin – ale to niedaleko.Góra dwadzieścia minut.–Co będzie, jeśli je wypuścisz, a one i tak pozostaną na wyspie? – spytał Warren.–Przynajmniej będę mógł powiedzieć sobie, że próbowałem.Czuję, że muszę coś zrobić.–Cóż, czemu nie? – zdecydował Jack.– Właściwie mnie też podoba się twój pomysł.Co sądzą pozostali?–Powiem prawdę, chętnie zobaczyłbym takie stworzenie – przyznał Warren.–Płyńmy tam – z entuzjazmem wsparła ideę Candace.–Jeśli o mnie chodzi, zgoda – dodała Natalie.–Nie wymyśliłabym nic lepszego – zgodziła się Melanie.–Zróbmy to!Jack kilka razy pociągnął za linkę rozrusznika.Silnik wreszcie zawył.Łódź skierowała się w stronę Isla Francesca.ROZDZIAŁ 2310 marca 1997 roku godzina 1.45Cogo, Gwinea Równikowa Siegfried śnił ten sen setki razy, a za każdym razem był to coraz straszniejszy koszmar.Podchodził słonicę z młodym.Nie podobało mu się to, lecz klient nalegał.Jego żona bardzo chciała zobaczyć słoniątko z bliska.Siegfried odesłał naganiaczy na flanki, by chronić się z obu stron, podczas gdy sam z klientami zbliżał się do słonicy.Jednak tropiciele i naganiacze z pomocnej strony przestraszyli się, gdy niespodziewanie zjawił się wielki samiec.Pierzchli przed słoniem i tchórząc niemiłosiernie, nie ostrzegli Siegfrieda o nadchodzącym nieoczekiwanym zagrożeniu.Odgłos kroków potężnego słonia niósł się po ziemi niczym dudnienie zbliżającego się pociągu.Jego ryk narastał i gdy już miało dojść do starcia, Siegfried obudził się zlany potem.Dysząc z wyczerpania, przekręcił się i usiadł.Sięgnął poza moskitierę po szklankę, z której upił kilka łyków wody.Najbardziej przykry w tym śnie był jego niezwykły realizm.Przypominał wypadek, w którym Siegfried stracił władanie w prawej ręce, a skórę z części twarzy miał całkowicie zdartą.Siegfried przez dobrą chwilę siedział na łóżku, zanim dotarło do niego, że wrzaski ze snu naprawdę dochodzą zza okna.Już wiedział: to zachodnioafrykański rock z taniego magnetofonu kasetowego.Spojrzał na zegarek.Widząc, że jest druga w nocy, natychmiast się wściekł.Któż był tak bezczelny, żeby w środku nocy urządzać podobne hałasy?Zauważył, że muzyka dochodzi od frontu, wstał i wyszedł na werandę [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl