[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Ale Night Stalker był wyposażony w najróżniejsze urządzenia obserwacyjne, specjalny cichy wirnik… dysponował tym wszystkim, czego potrzebowali.Jasny gwint, ta maszyna jest jak dla nas stworzona, rozmarzył się Clark, ale był przekonany, że nic tu nie wskóra, mimo swoich wpływów w Waszyngtonie i w Londynie.–Dobra, poproszę Waszyngton o zgodę na paru pilotów.Uda się tu załatwić jakąśmaszynę, na której będzie można poćwiczyć?–Na pewno – odpowiedział Stanley.John spojrzał na zegarek.Musiał zaczekać do dziewiątej rano czasu waszyngtońskiego –w Anglii będzie to druga po południu – żeby skontaktować się z dyrektorem Centralnej Agencji Wywiadowczej, przez którą przechodziły amerykańskie fundusze na działalność Tęczy.Zastanawiał się, jak Ed Foley zareaguje; zdawał sobie sprawę, że jeśli chce coś osiągnąć, musi w nim rozpalić entuzjazm do tego przedsięwzięcia.No, z tym akurat nie powinno być kłopotów.Ed wiedział, co to operacje w terenie i był lojalny wobec ludzi, którzy je prowadzili.Sprzyjającą okolicznością był ich wczorajszy sukces.Trudno liczyć na czyjąś przychylność, prosząc o pomoc po porażce.–W porządku, będziemy jeszcze o tym rozmawiać na odprawie.– Clark wstał iposzedł do swojego biura.Helen Montgomery jak zawsze położyła mu na biurku stertę papierów,tym razem trochę wyższą niż zwykle, ponieważ zawierała także oczekiwane depesze zpodziękowaniami od Austriaków.Ta od ministra sprawiedliwości sformułowana byłaszczególnie kwieciście.–Piękne dzięki – mruknął John, odkładając ją na bok.Sprawy administracyjne zabierały mu mnóstwo czasu.Jako dowódca Tęczy, Clark musiałczuwać nad tym, kiedy i skąd przychodziły pieniądze i na co były wydawane, musiał wykłócaćsię o takie rzeczy, jak cotygodniowa porcja amunicji dla jego ludzi.Zwalał co się tylko dało na Alistaira Stanleya i panią Montgomery, ale i tak mnóstwo spraw trafiało na jego biurko.Miał długoletnie doświadczenie w służbie państwowej, w CIA musiał składać drobiazgowe sprawozdania z każdej operacji, w której brał udział, bo inaczej ludzie spędzający życie za biurkiem byli bardzo nieszczęśliwi.Ale to tutaj przechodziło wszelkie wyobrażenia.Musiał się rozliczać z własnego czasu na strzelnicy, bo przekonał się, że strzelanie to dobry sposób na łagodzenie stresów, zwłaszcza jeśli wyobrażał sobie wizerunki swych biurokratycznych dręczycieli na tarczach, które dziurawił pociskami kalibru 0,45 cala.Uzasadnianie wydatków z budżetu było dla niego czymś nowym i niezrozumiałym.Jeśli coś było nieważne, to po co w ogóle to finansować? Skoro jednak było ważne, to po cholerę kręcić nosem nad amunicją za parę tysięcy dolarów? Ale taka już była mentalność biurokratów, tych wszystkich, którzy siedzieli przy biurkach w przekonaniu, że świat się zawali, jeśli wszystkie papierki nie zostaną odpowiednio parafowane, podpisane, ostemplowane i pochowane do właściwych teczek.A jeśli komuś komplikowało to życie – cóż, trudno.I oto on, John Terrence Clark, agent terenowy CIA od ponad trzydziestu lat, ktoś, kto w Firmie stał się już legendą, był teraz przykuty do swojego kosztownego biurka, za zamkniętymi drzwiami, wykonując papierkową robotę, którą ze wstrętem odrzuciłby każdy szanujący się księgowy.Nadzorowanie i ocenianie prawdziwych operacji – co przecież także należało do jego obowiązków – było o wiele ciekawsze i konkretne.O swój budżet nie musiał się zresztą specjalnie martwić.W sumie mniej niż pięćdziesięciu ludzi, koszty osobowe nie przekraczające trzech milionów dolarów, ponieważ wszyscy dostawali normalne wojskowe wynagrodzenia, plus to, że Tęcza, finansowana przez kilka rządów, pokrywała ze swego budżetu również koszty mieszkaniowe.Wynikł pewien problem: amerykańscy żołnierze byli lepiej opłacani niż ich europejscy koledzy.Johnowi nie bardzo się to podobało, ale nic nie mógł poradzić.Tak czy inaczej, dzięki pokryciu kosztów mieszkaniowych – mieszkania w Hereford nie były może luksusowe, ale przecież wygodne – nikt nie miał kłopotów ze związaniem końca z końcem.Morale żołnierzy było doskonałe.Oczekiwał tego.Byli elitą, musieli więc odznaczać się właściwą postawą, zwłaszcza że ćwiczyli niemal codziennie, a żołnierz kocha ćwiczenia prawie tak samo jak robienie tego, czego się na ćwiczeniach nauczył.Będzie trochę rozdźwięków.Ku zazdrości Pierwszego Zespołu Petera Covingtona, Drugi Zespół Chaveza dwa razy z rzędu załapał się na operacje, co wbiło ich trochę w dumę.Tymczasem w konkurencji między obu zespołami ludzie Covingtona byli nieco lepsi, jeśli chodzi o sprawność fizyczną i strzelanie.Była to wprawdzie minimalna przewaga, ale ci ludzie, równie żądni zwycięstw jak sportowcy, potrafili harować na ułamek procentu przewagi.Osiągnęli już taki poziom, że naprawdę liczyło się, co który zjadł na śniadanie w dniu zawodów albo o czym śnił poprzedniej nocy.Cóż, taka konkurencja była dobra dla zespołu jako całości.I zdecydowanie niezdrowa dla tych, przeciw którym ci ludzie ruszali do akcji.* * *Bill Tawney również siedział przy biurku, przeglądając informacje na temat terrorystów, z którymi rozprawili się poprzedniej nocy.Austriacy skontaktowali się z Bundeskriminalamt, niemiecką policją federalną, jeszcze zanim rozpoczęła się akcja Tęczy [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl