[ Pobierz całość w formacie PDF ]
. Więc tak. zabębnił palcami na krawędzi stolika.Ciekawy jestem, dlaczego pana interesuje sprawa zniknięciarudej Zuli?  Jego palce na chwilę znieruchomiały, aprzymrużone oczy stały się wąskie jak szparki. Powiem panu zupełnie szczerze  rzekł dziennikarzgłosem chłodnym i opanowanym. Znam jej matkę.Zgłosiła się do mnie z prośbą, bym jej pomógł.To poczciwa,biedna kobieta.Mogłaby wprawdzie zgłosić się na milicję, ale zwleka z tym ostatecznym krokiem.Mam nadzieję, żepan jako przyjaciel %7łuli ułatwi mi zadanie.Smukłe palce poszły znowu w ruch. Mówi pan, że jej matka nie chce zgłosić na milicję? Na jej miejscu dawno bym to zrobił.Rysio uśmiechnął się kpiąco. Ona ma rację.Po co od razu rozróbka.Ja panu niemogę pomóc, bo nie mam zielonego pojęcia, gdzie ona jest,ale po co od razu na milicję? Przecież to jasne, że Zula zkimś wyjechała. Z kim?  zapytał reporter przynaglająco. Och!  żachnął się młodzieniec. Czy to takie ważne.Znudziła jej się Warszawa.Zmiana powietrza dobrze robi. Może z mecenasem Szajewskim?Rysio strzelił ponurym, złym spojrzeniem, a jegouśmiechnięta, zadowolona twarz nabrała nagle ostrości.Wnet jednak nowy, dobrze dobrany uśmiech pojawił się nawargach. Może nawet z Kłajewskim albo z innym Szlajewskim zakpił unosząc ramiona nonszalanckim gestem. Nie zna pan mecenasa Szajewskiego? Zdziwi to pana zapewne, ale niestety nie  powiedział zprzesadną gorliwością. O, bratku  pomyślał reporter  zadałem ci drażliwepytanie.Jestem pewny, że znasz Szajewskiego, i to nawetdobrze.  Poczęstował Rysia papierosem.Zapalili wmilczeniu, nie patrząc na siebie. Chciałbym zadać panu jeszcze jedno pytanie  zaczął pochwili dziennikarz. Czy może pan wie, kto kupił Zulimieszkanie na Polnej?Rysio roześmiał się głośno. Jakiś ładowany facet.Widocznie warta była tego.Powiem panu, że to klasa dziewczyna.Trochę trącona, alepierwszego gatunku.Gdyby jej nie kupił ten, co jej kupił, tokupiłby jej inny  błysnął przedziwnie białymi zębami. Zpana zabawny facet.Zajmuje się pan takimi błahymisprawami.A może pan też coś z tą Zulą?  przymrużył porozumiewawczo oko. Nie dziwiłbym się panu.Takadziewczyna  uniósł zgięty łokieć w znanym cwaniackimgeście.Napieralski poczuł się w tej chwili jak tenisista wytrąconyz uderzenia. Niech pan nie udaje cwaniaka  powiedział ostro. Jawiem, że pan był jej przyjacielem bezpośrednio po  BladymWiktorze.Błyszczące oczy Rysia znowu zwęziły się w szparki, wktórych drgały tylko światełka czarnych zrenic. Wjeżdża pan na rodzinne sprawy  wyszeptał. Kimpan właściwie jest? Czego pan chce ode mnie? Jestem dziennikarzem z  Wieczoru i chciałbym, żebymi pan pomógł odszukać Zulę.To wszystko  złapałpudełko zapałek i upuścił na szkło stolika.Rysio zmusił swą ładną twarz do uśmiechu. A ja nie jestem pańskim informatorem i radzę panu,żeby pan dał mi spokój.To wszystko. Tym razem pudełkozapałek znalazło się w jego palcach i jeszcze raz upadło nastolik.Napieralski wstał.W pośpiechu zbierał ze stołu papierosy,zapałki, okulary.Uśmiechał się, lecz wiedział, że jest touśmiech tuszujący porażkę. Dziękuję panu  rzekł z przekąsem. Postaram sięposzukać lepszego informatora.Dzisiaj prawdopodobniespotkam się z niejakim  Bladym Wiktorem i zapytam go oopinię o panu.Z dziewczęcych warg  Aksamitnego Rysia spłynąłdrwiący uśmiech.  Blady siedzi w pace. Więc jeżeli pan nie wie, to mogę pana poinformować, żewyszedł na wolność!Ze świeżej, starannie wygolonej twarzy młodzieńcaspłynęła krew.Napięte mięśnie policzków drgnęły.Dziennikarz roześmiał się. To pan się nie cieszy? Jest mi to zupełnie obojętne  powiedział starając się odzyskać pewność siebie.Dziennikarz skłonił się. Przepraszam pana za zamącenie spokoju.Przypuszczamjednak, że zna pan  Bladego Wiktora i los jego niepowinien być panu obojętny.Do widzenia. Odwrócił się iodszedł szybko. Pan już odchodzi  usłyszał przechodząc obok ukrytegoza kolumienką stolika.Dziewczyna w czarnej bluzcepatrzała na niego z powściągliwą kokieterią. Ach, to pani.Myślałem, że pani znikła. Przeciwnie, obserwowałam was.To takie śmieszne, jakdwóch dorosłych mężczyzn udaje zagniewanych chłopców.Zwietna zabawa. Przynajmniej nie nudziła się pani  rzucił oschle. O właśnie, dobrze pan trafił.Teraz ma już panwytłumaczenie, dlaczego tu przychodzę. Przyznam się, że przestało mnie to interesować. Ach, jaki pan zabawny.Nie udało się, prawda? Jeżeli zdołałem panią ubawić, to jednak w jakimśstopniu się udało  rzucił pojednawczo.Potem dodałszybko:  Z pani to ciekawa dziewczyna.Chciałbym jeszczez panią porozmawiać. Jeżeli pan ma czas, to niech pan jutro przyjdzie o tejsamej porze.Zobaczymy, może będę miała ochotęporozmawiać z panem.Napieralski chciał zakończyć rozmowę jakimś efektownymżartem, ale spostrzegł, że  Aksamitny Rysio stoi za nim iczeka na jego odejście.Ukłonił się dziewczynie i rzucił napożegnanie: %7łyczę przyjemnych nudów!Był zły na siebie.Gdy schodził ze schodów, myślał, żeniepotrzebnie tracił czas.Miał wrażenie, że wykpiono go isprowokowano do jakiegoś fałszywego kroku.Czyżby Aksamitny Rysio nie wiedział o wyjściu  Bladego zwięzienia? Skąd wzięła się ta ekstrawagancka dziewczynapozująca na egzystencjalistycznego kociaka? Z jakiegopowodu oskarżała człowieka, z którym była w dobrej komitywie? Czy to była przygotowana pułapka, czy tylkoszczególny w swym nieprawdopodobieństwie zbiegokoliczności?Wyszedł na ulicę tonącą w jasnym blasku pełnego dnia.Zdawało mu się, że ocknął się z dziwacznego snu, w którypogrążył się mimo woli.Przeciął Plac Konstytucji urągającpo drodze pękatym kandelabrom i skierował się do kawiarni Pod Arkadami.Tutaj wszedł do kabiny telefonicznej.Zatelefonował do redakcji pytając sekretarkę, czy nie byłowiadomości z Gdańska od Blickiego. Ma pan szczęście  usłyszał wesoły głos  właśnieprzed chwilą przyszedł kablogram z dalekopisów.Mam gopanu przeczytać? Proszę, jeśli łaska  zawołał uradowany. Stary byku  czytała sekretarka krztusząc się śmiechem niepotrzebnie zawracałeś mi głowę.Twój mecenas toeunuch.Mieszkał sam.Dziś rano wyjechał.Całuj psa w nos,a mnie daj spokój. Blicki.Sekretarka jeszcze raz zaniosła się śmiechem. Podobałosię panu, co? Niech pani powie temu idiocie %7łabielskiemu, że jestgłupi jak but z lewej nogi najgłupszego piłkarza, a zamiastporcji lodów dostanie lewy prosty i prawy hak. Odwiesiłsłuchawkę i zaklął z fantazją.VIIKawiarnię  Kopciuszek znał z lat jej świetności, kiedybyła jeszcze miejscem spotkań literatów, artystów itowarzyskiej otoczki schlebiających im snobów.Terazpodupadła jak starzejąca się kobieta.Zamiast dawnychwesołych śmiechów, dowcipów, powiedzeń naszpikowanychpikanterią, rozbrzmiewał tutaj przyciszony szept małychgeszefciarzy, spekulantów i kończących swą karieręprostytutek.Gdy punktualnie o piątej wchodził do kawiarni, ogarnęło go uczucie przygnębienia i odrazy.Przy ukrytym w rogumałym stoliku zobaczył Stenię.Dała mu znak ręką.Z dalekazauważył, że jest bardzo mizerna, zaniedbana, a pod okiemprzylepiony ma wielki plaster.Doznał uczucia nagłegozakłopotania.Pierwszą myślą było  wycofać się pod bylepozorem i uciec [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl