[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.W najbliższych dniach chciałbym odszukać Fiole: mamdo niego kilka pytań.Lieven nie do końca rozumiał sens decyzji Kaia, nie chciał też niczego więcej siędowiadywać.Postanowił trzymać się swej wypróbowanej taktyki wyczekiwania, zachowującprzy tym większą czujność.Maud Philby czekała na Kaia w hallu hotelowym.Wyruszyli niezwłocznie.Popołudnie minęło przyjemnie, wczesny zmierzch na Lazurowym Wybrzeżu trudnoporównać z czymkolwiek.Znad morza, które na horyzoncie połyskiwało czerwienią wina, niósłsię krystaliczny podmuch.Do zatok nie docierały już jaskrawe promienie słońca, pogrążały sięw cieniu, który je dzielił, odgradzał od siebie.Roślinność opadała ze wzniesień ku ulicom, ledwopowstrzymywały ją mury ogrodów i zdawało się, że pod swym zielonym, kwitnącymnienasyceniem pogrzebie cały świat.Na wodzie kołysały się żagle łodzi rybackich w kolorze brązu bądz ochry.Często dobiegałyz nich nawoływania, dzwięczne i przenikliwe niczym krzyki ptaków wirująca gra dzwiękówopadająca z wysokości błękitnego nieba. Popołudnie jest jak owoc pomarańczy mówiła Maud Philby. Nie wiadomo, co lepsze:podziwiać czy może obrać ze skórki i wgryzć się w miąższ.Kai nie spodziewał się tak obrazowych porównań: był pochłonięty wymijaniem autokarówz wycieczkowiczami, które bez ostrzeżeń wypadały zza zakrętów, a za sprawą objaśniającychprzez tuby cicerone były jak wyspy objawienia.Chyląc czoło przed poetycznym nastrojem, jakizagościł na sąsiednim fotelu auta, odpowiedział poniekąd twierdząco, ucinając jednak rozmowę: Jedno i drugie&Sądził, że dzięki temu będzie pamiętał, by zatankować jeszcze przed granicą, i zyska trochęspokoju.Kiedy siedział za kierownicą, rzadko miewał ochotę na wymianę górnolotnychfrazesów.Następne pytanie miss Philby było znacznie bardziej na miejscu: Właściwie dokąd jedziemy?Zrobił tajemniczą minę. Przekona się pani za pół godziny.Wóz sunął przed siebie.Most i jakieś ruiny, dalej znów szosa, agawy, palmy, między nimidomy.Przez uliczki niósł się śpiew dziewcząt, całe rodziny gromadziły się na wieczornerozmowy przed pootwieranymi drzwiami domów; ciemną czeluść za plecami ludzi cień barwiłzłotem i umbrą. Nie powie mi pan, dokąd jedziemy? nie dawała za wygraną Maud Philby. Jesteśmy na miejscu.Kai skręcił na podjazd hotelu Royal.Wręczył portierowi swą wizytówkę i poprosiło przekazanie jej doktorowi Peschowi.Sam został na dole.Po chwili w towarzystwie boya hotelowego pojawił się Pesch.Kai przedstawił go missPhilby i rzekł: Rozstaliśmy się kilka dni temu, nie kończąc rozmowy.Pesch skinął głową. Mówiłem, że będę na pana czekał.Kai odwrócił się do Amerykanki. Doktor Pesch skonstruował wóz, którym jechałem w Monzie.Pojęła i od razu zrobiła się czarująca.Kai zapytał: Kto dotychczas zgłosił się do wyścigu o Puchar Mediolanu?Pesch wymienił nazwiska. Będzie to zatem dobry wyścig.Pan też się zgłosił? Nie.Chcemy, żeby startował tylko jeden nasz wóz.Zgłosimy go jednak, jeśli pan zgodzisię nim pojechać.Jego upór miał w sobie coś sympatycznego.Kai niczego mu nie gwarantował, Peschwłaściwie go nie znał.Wiedział jedynie od Lievena, że Kai kiedyś jezdził na wyścigach.Terazpo prostu realizował swój pomysł i był w tym konsekwentny.Należał do ludzi sukcesu, o czymnie rozstrzygały pomysły, lecz właśnie konsekwencja&Maud Philby nachyliła się do Pescha. A kogo spośród zgłoszonych uważa pan za faworyta?Pesch zastanowił się. Myślę, że Murphy ego&Rozpromieniona Amerykanka spojrzała na Kaia, którego jej zachowanie bawiło.Kiedyobserwował ją z bezpiecznego schronienia, jakim była dlań dawno powzięta decyzja, jejgorliwość śmieszyła go w dwójnasób.By nie psuć sobie zabawy, Kai odezwał się do Peschadzwięcznym głosem, w którym brzmiało zdecydowanie: Przyjechałem tutaj powiedzieć panu, że poprowadzę ten wóz.Za tydzień chcę rozpocząćtrening.W drodze powrotnej Maud Philby milczała.Rozkoszowała się myślą, że niebawem przekażewiadomość Murphy emu.W życiu trafiają się naprawdę wspaniałe chwile.IVFioła odstawił srebrny puchar. Ten koktajl musi dojrzewać trzy tygodnie.Ostatnie trzy dni powinien stać w zamknięciuz lodem i dopiero wtedy można dodać przecedzonego soku cytrynowego.Jeszcze tylko niecomokki i koniecznie kilka kropel angostury. Brzegi szklanych kieliszków przetarł połówkącytryny i zanurzył w cukrowym pudrze, który natychmiast zamienił się w kryształki.Potem dodałsproszkowanego lodu, mocno potrząsnął pucharem i napełnił szkło zawartością. Nie podajęsłomek, za to jest cytryna. Podsunął Kaiowi plasterki.Do pomieszczenia wpadało przytłumione światło, nadając wnętrzu miękkość jedwabiu.Sofydosunięto do okien; na niskich taboretach leżały pliki gazet. Dawno nie było tu prasy zauważył Fioła. Po pierwszym wieczorze już więcej nie grałem rzekł Kai, myśląc o rulecie. Kilka dni temu podniósł się krzyk.Człowiek z żółwiem poczuł się oszukany.Takprotestował, że aż ten jego amulet spadł na podłogę.Facet wyglądał groteskowo, kiedy żółwniepostrzeżenie i z dostojeństwem ruszył naprzód, a on wyrzekał, machając przy tym rękami jakwiatrak. Trudno dziś o wytworne maniery.Kai patrzył przez okno.Dwie motorówki właśnie opuszczały port w Monako niewielki,w kształcie prostokąta, trochę jak dla zabawek.Chciał się od Fioli dowiedzieć czegośo nieznajomej z salonu gier i myślał, od czego by tu zacząć.Jakiś wstyd nie pozwalał mu zapytaćwprost.Wpadł w zadumę i coraz głębiej się w niej pogrążał.Fioła wyrwał go z niej: Daleko odbiegł pan myślami.Kai drgnął zaskoczony.Właśnie zamierzał sprecyzować pytanie i naraz stanęły mu przedoczami obrazy z przeszłości.Zwiatło potęgowało nastrój, owa stonowana połyskliwa szarość, naktórej tle nawet odległe sprawy udawało się zrozumieć.Myślał o młodej Barbarze i o tym, jakpochylała się ku niemu w stajni, mając za sobą końskie boki i ciemność, a w oczach przebłyskibudzącej się dopiero kobiecości.Obraz był niezwykle wyrazisty, Kai widział go wciąż równieostro jak rozświetlone okno, krzesła, gazety i swego rozmówcę.Chwilami, choć nie bez oporów,obraz ten się rozmywał, zawsze jednak gotów był wrócić. Robi pan nadzwyczajne koktajle odezwał się w zamyśleniu do Fioli. Właśnie sięzastanawiam, czy życie bez celu to nie za mało.Zapewne byłoby lepiej gdzieś osiąść, do czegośsię zabrać, wytyczyć sobie jakieś granice.Czegoś takiego chce się dopiero w pewnym wieku,może nawet takie jest prawo natury. Niewątpliwie.Ale nie sądzę, by to odpowiadało każdemu.Gonimy bez tchu od jednej sprawy do drugiej, wirujemy jak kula niesiona wartkim nurtemku kolejnej kipieli, żądni jedynie doznań zaspokajających nasze ja.Nieraz mi się wydaje, że stoję na rozstajach: z jednej strony, jak dotychczas, mam doczynienia ze swoim ego, dla którego nadrzędnym celem jest coraz to głębsze przeżywaniesamego siebie, często pełne zwątpienia, z drugiej zaś życie wsparte na trwałych podstawachi rozumie, ugruntowane i zakotwiczone, ożywiane mądrością i wolą.Fioła wstał. To zdumiewające, ale mam wrażenie, że chce się pan żenić.Kai milczał.Odpowiedział dopiero po chwili: Rzeczywiście, tego nie można wykluczyć. Potrząsnął głową. Właściwie chciałemz panem mówić o czymś całkiem innym
[ Pobierz całość w formacie PDF ]