[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Sobota kończyła się najczęściej wspaniałym chaosem  nie-rzadko temu czy innemu gościowi trzeba było pomóc dowlec się dołóżka.Niedziela przynosiła nowojorskie gazety i spokojny poranek,przeznaczony na ratowanie zdrowia na werandzie, a po południuwylewnie żegnano tych z gości, którzy musieli wracać do miasta, irównie wylewnie powracano do koktajli z tymi, którzy zostawali najeszcze jedną, huczną, nawet jeśli nie szalenie wesołą, noc.Wierny Tana, z natury pedagog, z zawodu złota rączka, powró-cił do szarego domu wraz z państwem i stał się dla co częstszychgości prawdziwą tradycją.Maury Noble oświadczył któregoś popo-łudnia, że prawdziwe nazwisko Tany brzmi Tannenbaum, i że jeston niemieckim agentem, siejącym teutońską propagandę w całymokręgu Westchester; od tego czasu zdumiony Azjata zaczął otrzy-mywać tajemnicze listy zaadresowane do porucznika Emila Tan-nenbauma, zawierające kilka niezrozumiałych zdań, podpisanychSztab, zdobnych w dwie kolumny pseudojapońskich znaków.An-thony, bez cienia uśmiechu, wręczał te przesyłki adresatowi, tenzaś jeszcze wiele godzin pózniej siedział w kuchni próbując je odcy-frować i ze zdumieniem stwierdzał, że pionowy rząd hieroglifówwcale nie przypomina japońskiego pisma.Gloria serdecznie znienawidziła go od czasu, gdy wróciwszyniespodziewanie z miasteczka, zastała go wylegującego się w naj-lepsze w łóżku Anthony'ego i ślamazarnie literującego gazetę.Zresztą cała służba instynktownie lubiła Anthony'ego, a nie znosiłaGlorii; Tana nie stanowił wyjątku.Bał się jej jednak jak ognia, zaśswą antypatię objawiał wyłącznie w chwilach szczególnie złegohumoru, subtelnie zwracając się do Anthony'ego z uwagami, któreprzeznaczone były dla niej: Co pani Pats zjeść na kolację?  mówił, patrząc na panadomu, albo użalał się na straszliwe samolubstwo  merykańskich209 ludziów w taki sposób, że nie było żadnych wątpliwości, o których ludziów chodzi.Mimo to nie śmieli go zwolnić  taki krok był dla ich bezwładuczymś odrażającym.Znosili więc Tanę tak, jak znosi się złą pogodę,chorobę i szacowną wolę Bożą  jak znosili wszystko, nawet siebie.W ciemnościKtóregoś dusznego popołudnia pod koniec lipca RichardCaramel zatelefonował z Nowego Jorku, że właśnie wybiera się donich wraz z Maurym i jeszcze jednym znajomym.Pojawili się okołopiątej, na lekkim rauszu, w towarzystwie niskiego, krępego męż-czyzny w wieku trzydziestu pięciu lat, którego przedstawili jakoJoe Hulla,  najwspanialszego faceta, jakiego kiedykolwiek poznaliAnthony i Gloria.Joe Hull miał żółtą brodę, bezustannie przedzierającą się przezjego skórę, i niski głos oscylujący między głębokim basem a chra-pliwym szeptem.Anthony, wynosząc na piętro walizkę Maury'ego,wszedł za nim do pokoju i starannie zamknął drzwi. Co to za jeden?  zapytał.Maury zachichotał z entuzjazmem. Kto, Hull? To porządny gość. Tak, ale kto to jest? Hull? Po prostu, porządny facet.Prawdziwy książę.Zmiał się coraz głośniej, potem zamilkł, przyjemnie, kociouśmiechnięty.Anthony nie wiedział, czy też uśmiechnąć się, czyrozgniewać. Wygląda dość podejrzanie.Jest tak dziwacznie ubrany.urwał. Coś mi się zdaje, że znacie go dopiero od wczoraj. Bzdura  oznajmił Maury. Coś ty, znam go od dziecka. Ale gdy po tym stwierdzeniu pozwolił sobie na kolejną serięchichotów, Anthony musiał zauważyć:  Akurat!Potem, tuż przed kolacją, gdy Maury i Dick prowadzili głośnąrozmowę, której, siedząc w milczeniu nad drinkiem, przysłuchiwałsię Joe Hull, Gloria zaciągnęła Anthony'ego do jadalni:210  Nie podoba mi się ten Hull  powiedziała. Czy on niemógłby kąpać się w łazience Tany? Nie możemy przecież mu tego powiedzieć. Nie chcę, żeby kąpał się w naszej. Wygląda na takiego sobie, zwykłego faceta. Ale nosi takie białe buty, które wyglądają jak rękawiczki.Widać przez nie palce u stóp.Tfu! I kim on właściwie jest? Nie mam zielonego pojęcia. W takim razie uważam, że to bezczelność przywozić go tu-taj.My przecież nie prowadzimy przytułku! Byli już pijani, gdy do nas telefonowali.Maury mówił, żebalują od wczoraj.Gloria ze złością pokiwała głową i bez słowa wróciła na weran-dę.Anthony zauważył, że stara się zapomnieć o swych wątpliwo-ściach i robi wszystko, by dobrze się bawić.Dzień był istnie tropikalny.Nawet o głębokim zmierzchu z su-chej drogi wstawały fale gorąca i drżały w powietrzu jak galareta.Niebo było jeszcze bezchmurne, ale daleko, za lasem, nad zatoką,wstawał już cichy, lecz uparty grzmot.Gdy Tana poprosił wszyst-kich do stołu, mężczyzni, za radą Glorii, pozbyli się marynarek iweszli do środka.Maury zaintonował piosenkę, którą wykonali w pełnej harmoniiprzy pierwszym daniu.Miała zaledwie dwie linijki, a śpiewało sięją na popularną melodię  Daisy Dear.Tekst był taki:Ogarnia nas pani-i-i-kaI moralny upa-a-a-dek!Każde wykonanie dzieła witane było entuzjastycznymi, nie koń-czącymi się brawami. Gloria, uśmiechnij się!  rzucił w pewnej chwili Maury.Coś nie masz dziś zbyt wesołej minki. Nic takiego  skłamała. Tannenbaum, chodzcie no tu!  zawołał przez ramię.Nalałem wam drinka.Chodzcie no!Gloria usiłowała go powstrzymać. Maury, nie, proszę! Czemu nie? Może za to zagra nam po kolacji na flecie?Masz, Tana, napij się.211 Tana, głupawo uśmiechnięty, zaniósł kieliszek do kuchni.Pochwili Maury uraczył go jeszcze jednym. Gloria, uśmiechnij się!  zawołał [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl