[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Od uścisku jego ręki rozbolał mnie kark.To było straszne, obrzydliwe i potworne.Gdy tylko wyjął swoją  zabawkę" z moich ust, zaczęłamwymiotować.Zabrudziłam całą pościel.- Na litość boską! Pewnie spodziewasz się, że to terazposprzątam.No cóż, przynajmniej najpierw skończ to, cozaczęłaś.Zmusił mnie, abym wzięła ją w dłonie i poruszała w gótę i wdół, aż wytrysnęła z niej biała maz.Byłam kompletnie zdana najego łaskę.Leżałam bezbronna na poduszce, z desperacjąpróbując złapać oddech, zbyt słaba, żeby go odepchnąć.- No i proszę.Prawda, że było fajnie?Wpatrywałam się w niego nieprzytomnym wzrokiem.Czy onnaprawdę myślał, że uważałam to za fajne? Jak to możliwe? Jużna samą myśl o tym robiło mi się niedobrze.Jakim cudem cośtakiego mogło być fajne?Przez cały okres mojej choroby Bill regularnie zjawiał się wnaszym domu, żeby wspomóc mamę, która powinna  znalezćtrochę czasu dla siebie".Tak naprawdę jednak przychodził, żebypod jej nieobecność mnie wykorzystywać.A ja byłam uwięzionawe własnym łóżku.Nie mogłam ani się schować, ani uciec.W obecności rodziny obsypywał mnie komplementami iprzynosił mi małe prezenty, na przykład moje ulubione cukier-kowe cygaretki.Teraz jednak już ich nie jadłam, bo kojarzyły misię wyłącznie z nim i wzbudzały we mnie obrzydzenie.Bill przyinnych mnie chwalił, mówiąc, że tak dzielnie znoszę chorobę, alegdy tylko zostawaliśmy sami, robił ze mną, co tylko chciał, niezważając na to, jak się czułam.Modliłam się, żeby przestał do nas przychodzić.Ciągle prosiłam Boga, żeby obro-nił mnie przed tym nikczemnym i okropnym człowiekiem.Cza-sem udawałam przed mamą, że lepiej się czuję, dam sobie radę inie potrzebuję żadnej opieki.Błagałam ją, żeby nie prosiła Billa opomoc, ale mnie nie słuchała.%7łyłam w ciągłym strachu.Byłamzałamana i nieszczęśliwa.Gdy po kolejnej kontroli lekarz stwierdził, że wyzdrowiałam,poczułam ogromną ulgę.Znów mogłam schronić się przedBillem w szkole, na próbach chóru czy na zajęciach przygoto-wujących do bierzmowania.Znów mogłam wynajdywać sobietysiące innych wymówek, byle tylko uniknąć tych spotkań.Tenzły i obrzydliwy człowiek nie mógł mną całkowicie zawładnąć. 7Zajęcia przygotowujące do bierzmowania odbywały się naplebanii we wtorkowe wieczory i za każdym razem nie mogłamsię doczekać, żeby tam pójść.Był tylko jeden problem - pozakończeniu zajęć na inne dzieci czekali rodzice, a na mnie nikt.Tata był skaut mistrzem i we wtorki miał spotkania ze swojądrużyną.Mama z kolei nigdy nie wyszłaby z domu na takiezimno tylko po to, żeby mnie odebrać.Dlatego wracałam sama.Kiedy pastor się dowiedział, że nikt po mnie nie przychodzi,bardzo mu się to nie spodobało.O tej porze roku szybko robiło sięciemno, temperatura była niska, a jedenastolatka po ciężkimzapaleniu płuc musi wracać do domu na piechotę.Dlategozaproponował, że będzie mnie podrzucał.Pomyślałam, żeprzynajmniej będzie mi razniej, a poza rym pastor był bardzoopiekuńczy i zawsze sprawdzał, czy porządnie się opatuliłam.Gdy po raz pierwszy podjechaliśmy pod mój dom, wyszedł zniego wujek Bill.Pastor przywitał się i wyjaśnił, dlaczego mniepodwiózł. - To bardzo miło z pana strony, ale od tej pory ja ją mogęodbierać.Zawsze odwiedzam rodziców Cassie we wtorki, więc tonie stanowi problemu, a ona będzie ze mną bezpieczna.Poczułam ucisk w żołądku.Spojrzałam na mamę z nadzieją, żesię na to nie zgodzi, ale ponieważ dla niej to było wygodne, odrazu stwierdziła, że to wspaniały pomysł.I tak w kolejny wtorek, przerażona wsiadłam do samochoduBilla.Ku mojemu zdumieniu pojechaliśmy prosto do domu.Wszedł do środka na kawę i wszystko wydawało się w porządku.Poczułam taką ulgę, że zaczęłam przekonywać samą siebie, że odtej pory wszystko będzie dobrze i on zostawi mnie w spokoju.Jednak jak zwykle się przeliczyłam.W kolejny wtorkowy wieczór już nieco pewniej wsiadłam dosamochodu.Bill powiedział, że musimy po drodze zatankować,więc podjechaliśmy do warsztatu.Potem ruszyliśmy dalej, gdzieśw ciemność.Nie miałam dobrej orientacji w terenie, więc dopieropo jakimś czasie zauważyłam, że nie jedziemy w stronę domu.- Gdzie jesteśmy? - zapytałam nieśmiało.Bill nie odpowiedział, ale za chwilę zjechał z drogi na jakieśpole.Było strasznie ciemno.Zaczęłam się bać.Odsunęłam się odniego i przylgnęłam do drzwi.-Jesteś najważniejszą osobą w moim życiu.Nikt nie znaczy dlamnie tyle co ty - powiedział Bill i się do mnie przysunął.W tamtych czasach w samochodach nie było dwóch siedzeń,tylko niczym nieprzedzielona, jedna, długa, skórzana kanapa.Serce waliło mi jak oszalałe, ale byłam tak przerażona, że niewykrztusiłam z siebie ani jednego słowa. - Bardzo cię kocham.Wiesz o tym, prawda?Nie chciałam, żeby mnie kochał.Nie podobała mi się takamiłość.- Chcę ci tylko pokazać ogrom mojej miłości - powiedział,wyciągając do mnie ręce i obsypując moją twarz oślizgłymipocałunkami.Pamiętam, że poczułam od niego whisky - zapach, któryznienawidziłam do końca życia.Mama zwykle częstowała goszklaneczką, kiedy ją odwiedzał.W końcu zdobyłam się na odwagę i przemówiłam.- Chcę wrócić do domu.Będą się martwić, że tak długo mnienie ma - powiedziałam, mimo że zdawałam sobie sprawę, że tonieprawda.Mama na pewno nie będzie się martwić, bo wiedziała,że jestem z nim.Wujek Bill nie zwrócił uwagi na moje słowa.Był rozpalony ispocony.Położył mnie na kanapie i zaczął pospiesznie rozbierać.Próbowałam krzyknąć, ale nie udało mi się wydać z siebieżadnego dzwięku.Poza tym w tym miejscu i tak nikt nie usły-szałby mojego wołania.A potem złapał mnie za rękę i zmusił, żebym go dotknęła.- No dalej.Wiem, że to lubisz.Zrób mi dobrze.Dalej-przemawiał ochrypłym, natarczywym tonem.Rozpiął spodnie i położył się na mnie.Poczułam jegoobrzydliwą  zabawkę" pulsującą na moim ciele.Chciałam goodepchnąć.W panice z całych sił próbowałam go z siebie zepchnąć, aleprzygniótł mnie swoim cielskiem, więc nie mogłam się ruszyć. - Proszę, zabierz mnie do domu.Ja chcę do domu - szlochałam,ale on nie słuchał [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl