[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.–Wszystko w porządku? – zwróciłem się przez ramię do Angie.–Głupie pytanie – jęknęła.– Matko Boska.Lepiej idź do kuchni.–Gdzie dostałaś?–Ten drugi musiał wejść kuchennymi drzwiami.Sprawdź je.–Mam to gdzieś.Jesteś ranna.Skrzywiła się boleśnie.–Nic mi nie będzie, Patricku, a on przecież może jeszcze sięgnąć po broń.Pójdziesz wreszcie do kuchni czy nie?Stanąłem za plecami Evandra, podniosłem z podłogi rewolwer Dunna, dopiero później obszedłem łajdaka i spojrzałem mu w twarz.Uniósł na mnie wzrok, z niedowierzaniem obmacując palcami to miejsce, gdzie kula odłupała mu kawał czaszki.W blasku lampy jarzeniowej jego twarz miała odcień trupio szary.Zaszlochał bezgłośnie, a spod powiek spłynęły mu łzy przemieszane z krwią.Dwie jaskrawoczerwone smugi na prawie całkiem białych policzkach przypomniały mi spotkanych przed laty dwóch innych łajdaków w przebraniach klaunów.–To wcale nie boli – powiedział.–Zaraz zacznie.Patrzył na mnie ze smutkiem w oczach.–To był niebieski mustang – mruknął, uznawszy to najwyraźniej za bardzo ważną wiadomość, którą musi się ze mną podzielić.–Który?–Ten, co go ukradłem.Jasnoniebieski, z fotelami obitymi białą skórą.–Evandro, kim jest twój wspólnik?–Nawet kołpaki na kołach mu błyszczały.–Kto jest twoim wspólnikiem?–Czujesz coś do mnie? – zapytał z rozszerzonymi oczami, wyciągając do mnie rękę niczym żebrak pod kościołem.–Nie – powiedziałem stanowczo.–A więc jednak czegoś się nauczyłeś.Wygraliśmy.–O kim mówisz?Zamrugał, wyciskając spod powiek kolejne krwiste łzy.–Byłem w piekle.–Tak, wiem.–Nie rozumiesz.Kiedyś byłem w piekle – warknął głośniej, krzywiąc się z bólu.Łzy spływały mu po twarzy coraz obfitszymi strumieniami.–I dlatego później postanowiłeś je stworzyć dla innych? Odpowiedz mi szybko, Evandro, kim jest twój wspólnik.–Nie pamiętam.–Gówno prawda.Gadaj.Traciłem z nim kontakt.Umierał na moich oczach, zakrywając dłonią rozległą dziurę w głowie, jakby chciał w ten sposób powstrzymać intensywny krwotok.Wiedziałem, że jego agonia może jeszcze potrwać nawet kilka godzin, ale nie miał już szans na uratowanie życia.–Nie pamiętam – powtórzył.–Przecież on cię zostawił na pastwę losu.Ty umierasz, a on świetnie się miewa.Nie oszukuj.Muszę…–Nie pamiętam, kim byłem, zanim tu przyszedłem.Mam pustkę w głowie.Nie pamiętam nawet… – urwał i spazmatycznie zaczerpnął wielki haust powietrza, aż policzki zapadły mu się głęboko.W jego piersi coś głośno zaszemrało.–Kto jest…–…jak wyglądałem w młodości.–Evandro?Z ust bluznęła mu struga krwi.Popatrzył za nią zdziwiony, a gdy znowu podniósł na mnie wzrok, miał przerażenie w oczach.Widocznie nie wyczytał z mojej miny spodziewanego oparcia, bo spuścił głowę i zapatrzył się w kałużę krwi na podłodze.Uświadomiłem sobie, że nie pociągnie długo.–Cholera – syknął, wyciągnął obie ręce przed siebie i spojrzał na nie.–Evandro…Ale on już nie żył.Ręce opadły mu bezwładnie wzdłuż ciała i powoli osunął się na bok z zastygłym na twarzy wyrazem zaskoczenia, lęku i samotności.–Nie żyje?W drodze powrotnej przez sypialnię przystanąłem tylko na chwilę, żeby zadeptać płomień ostatniej, z uporem palącej się na podłodze świecy i wyjrzałem na korytarz.–Tak.Jak się czujesz?Całe jej czoło lśniło od grubych kropli potu.–Chyba wpieprzyłam się na dobre, Patricku.Nie spodobało mi się brzmienie jej głosu.Był dużo bardziej piskliwy niż zwykle, do tego nieprzyjemnie świdrujący.–Gdzie dostałaś?Podniosła rękę.Duża zakrwawiona dziura widniała w jej boku, trochę powyżej szczytu kości biodrowej, pod najniższym żebrem.Dziwnie pulsowała, jak gdyby oddychając.–I jak to wygląda? – zapytała Angie, opierając głowę o futrynę.–Nie najgorzej – skłamałem.– Zaraz przyniosę ręcznik.–Widziałam tylko jego sylwetkę.Niewyraźny zarys.–Słucham? – Gwałtownie zerwałem ręcznik z wieszaka w łazience i wyszedłem z powrotem na korytarz.– O kim mówisz?–O kutasie, który mnie postrzelił.Kiedy wymierzyłam do niego, dostrzegłam tylko ciemny zarys jego sylwetki.Jest niski, ale barczysty.Zapamiętasz?Przycisnąłem ręcznik do jej rany.–Oczywiście.Niski, ale barczysty.Zamknęła oczy.–Niesamowite…–Co? Natychmiast otwórz oczy, Ange.Trzymaj się.Otworzyła je i uśmiechnęła się ospale.–…wolwer… – sapnęła -…taki ciężki…Wyjąłem jej broń z ręki.–Już ci nie będzie przeszkadzał, Ange.Ale musisz zostać przytomna do czasu…Drzwi frontowe wyleciały z ogłuszającym trzaskiem.Odwróciłem się na pięcie i wymierzyłem w Phila, który jak bomba wpadł do środka.Za nim pojawiło się dwóch sanitariuszy.Opuściłem rewolwer.Phil w dwóch susach pokonał korytarz i opadł na kolana przy Angie.–Matko Boska… – jęknął.– Kochanie? – Zgarnął jej z czoła zlepione potem włosy.–Proszę się odsunąć – nakazał stanowczo sanitariusz.– Proszę zrobić nam miejsce.Cofnąłem się o dwa kroki.–Skarbie?! – wrzasnął histerycznie Phil.Angie zatrzepotała powiekami.–Cześć – wyszeptała.–Niech się pan odsunie – powtórzył ostrzej sanitariusz.– Musimy mieć miejsce.Phil klapnął na podłogę i odepchnął się nogami, odjeżdżając metr do tyłu.–Proszę pani – zagadnął sanitariusz.– Czuje pani nacisk moich palców?Przed domem z piskiem opon zatrzymał się wóz policyjny.Okna rozjaśniła migająca poświata, jakby tuż za nimi nagle wybuchł gwałtowny pożar.–Bardzo się boję – szepnęła Angie.Drugi sanitariusz w korytarzu pospiesznie zablokował w pozycji otwartej kółka noszy i podniósł wysięgnik stojaka przy ich podwyższonym końcu.Tuż za mną rozległ się dziwny turkot.Obejrzałem się na pięty Angie łomoczące o podłogę w konwulsyjnych drgawkach.–Dostała szoku pourazowego – rzucił sanitariusz, chwytając ją pod ramiona.– Proszę ją złapać za nogi! – rozkazał ostro.– Za nogi! Natychmiast!Przyklęknąłem szybko i unieruchomiłem jej stopy.Obok mnie Phil zaczął jęczeć:–Jezu… Zróbcie coś.Błagam… Zróbcie coś…Drgawki jeszcze się nasilały, więc uniosłem jej nogi i oburącz przycisnąłem do piersi [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl