[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Szczury gorączkowo żarłycoś, co leżało na materacu.Przypominały obrzydliwą, mechatą, ogoniastą kołdrę, ruszającąsię we wszystkich kierunkach.- Dziwne, że dopiero teraz się dobrały.Pewnie było dla nich za wysoko -beznamiętnie zauważył Walczak.- O, widzi pan tę belkę? To po niej przylazły.Musiałaspaść, jak walnęła ta małpia bomba.Na dzwięk jego głosu szara kołdra prysła, jakby trafiona granatem.Szczury smyrnęłypo podłodze i wsiąkły w dziury w ścianach.Zobaczyli leżący w łóżku szkielet, prawie jużzupełnie obrany z mięsa.Korzycki wzdrygnął się, ujrzawszy wyszczerzone zęby czaszki.Resztki długich włosów wskazywały, że trup był kiedyś kobietą.Uśmiechał się teraz do nichupiornie, jakby szyderczo zachęcając do odwiedzin skromnego pokoiku.- A niech to licho, czegoś takiego jeszcze nie widziałem! - krzyknął Nyczek, patrzącna rozciągającą się za osypiskiem ulicę.Z na wpół zasypanego piwnicznego okienka wyłaziły szczury - tłuste, wypasioneniczym małe prosiaki.Ale tusza nie przeszkadzała w zwinności.Gryzonie żwawowyskakiwały na ulicę, wdrapywały się na zalegające jezdnię nieforemne bryły gruzu iprzeskakując zręcznie z jednej na drugą, gnały do położonej naprzeciwko kamienicy.Pojawiało się ich coraz więcej, najpierw dziesiątki, potem setki, wyłaziły też z innych dziur iokienek.Ich sierść błyszczała, czarne ślepka czujnie strzelały w kierunku stojącychmężczyzn, ale zwierzęta nie wydawały się zestresowane obecnością ludzi.Po kilku minutachpod osypiskiem przepływała istna rzeka szarości, popiskująca i chrobocząca, podnoszącachmurę pyłu i wszędobylskiego pierza.Kurz zakręcił mężczyznom w nosie i zaczęlispazmatycznie kichać.To zdumiewająco podziałało na szczury.Gwałtownie przyśpieszyły,szara struga zaczęła nagle cienieć i topnieć.Po paru sekundach ostatnie nagie ogonki zniknęływ dziurach po drugiej stronie ulicy.Ale to nie był koniec, po chwili pokazał się jeszcze jeden - wyjątkowo duży okaz, rozmiarami przewyższający kota, o gładkiej, połyskliwej sierści isfałdowanym podgardlu.Szedł powoli, ociężale, nie śpiesząc się.Majestatycznie ciągnąłbrzuszysko po ziemi.Gdy dotarł na środek jezdni, zatrzymał się i obrzucił tkwiących naosypisku ludzi obojętnym spojrzeniem.Taksował ich tak przez chwilę, a potem, wciążostentacyjnie powolny, wlazł do wybitego w murze otworu.Prawdziwy król miasta ruin.Jedyny, który władał nim naprawdę.Kiedy szczurza rzeka skryła się wśród gruzów, milicjanci ruszyli dalej w stronęKaiserstrasse.Stopniowo wychodzili ze strefy największych zniszczeń.Pojawiały się budynkiczęściowo ocalałe, a nawet zamieszkane, o czym świadczyły zastawione deskami okna.Pokazali się też pierwsi ludzie - za kolejnym skrzyżowaniem zobaczyli starszego człowiekaciągnącego ręczny wózek.Na widok uzbrojonych mężczyzn natychmiast skręcił donajbliższej bramy.- Nie ma co, czują Niemiaszki mores! - Walczak zaśmiał się.- I słusznie, bo żarty sięskończyły.Uczynił gest, jakby chciał pobiec za staruszkiem, ale Korzycki kazał mu dać spokój iiść dalej.Zbliżało się południe, a oni wciąż nie natrafili na tę cholerną Kaiserstrasse.Aleznalezli za to cenną wskazówkę - po przeciśnięciu się obok spalonego i podziurawionegokulami wraku autobusu zobaczyli niezniszczony fragment bramy z numerem i nazwą ulicy: Sternstrasse 62.Szli we właściwym kierunku.Po drodze oglądali zdumiewające rezultatytego, co potrafił zrobić z miasta nalot dywanowy.Najbardziej zadziwił ich widok szyntramwajowych, których kilkanaście metrów wybuch wyrwał z podłoża.Sterczały teraz,zadarte ku niebu, pogięte w dziwaczne esyfloresy niczym dwa monstrualne metalowe wężecierpiące na artretyzm.Przy następnej bramie spotkali młodą dziewczynę, mimo skwaru okutaną po szyję wstary płaszcz i w chustce na głowie.Niosła wiadro wypełnione wodą.Na pytanie oKaiserstrasse zrobiła dziwną minę i pokazała przed siebie, w kierunku najbliższegoskrzyżowania, a potem w prawo.Nie chciała z nimi rozmawiać, chwyciła za pałąk naczynia izniknęła w podwórzu.Dochodziły stamtąd kuchenne zapachy, świadczące o tym, że wczęściowo zrujnowanym domu żyli jacyś ludzie.W widocznych w głębi podwórka drzwiachpojawił się chłopczyk w krótkich, letnich porciętach.Dostrzegłszy uzbrojonych mężczyzn,natychmiast z płaczem pobiegł z powrotem, pewnie do mamy.Przeszli jeszcze przez chmurę dymu wydobywającego się z płonącego domu.Wyglądał na oszczędzony przez bomby, pożar musiał wybuchnąć niedawno, pewnie zasprawą buszujących w piwnicy szabrowników.Nyczek powiedział, że grasanci przyświecali sobie zapalanymi gazetami, które, kiedy się dopalały, rzucali pod nogi, nie zważając, żewszędzie walało się pierze z rozprutych pierzyn.Zwietny przepis na pożar.Budynek dogasał,z osmalonych okien walił siwy dym, płomieni prawie już nie było widać.- Zcierwa, nie Polacy tak robią - syknął wściekle Nyczek, patrząc na dymiącąkamienicę.- A gdzie mają mieszkać ci, co przyjadą ze wschodu? Sam mam krewnych podTarnopolem.Pisali, że się będą repatriować do Polski, bo pod Sowietami nie da się żyć.Wgruzach będą siedzieć? Jakbym takiego gada dorwał, to.Nie dokończył, tylko nerwowo zarepetował mausera, aż Jan się wystraszył, że chłopakz tej wściekłości może wygarnąć do pierwszego z brzegu przechodnia.Na szczęście na ulicynikogo nie było, choć Korzycki dałby sobie głowę uciąć, że są obserwowani.Mijali po drodzesporo częściowo zabitych dyktą okien, za którymi coś się ruszało.Niemcy siedzieli wmieszkaniach i widać woleli nie wychodzić na ulicę.Z pewnością bali się szabrowników isowieckich żołnierzy.Po kwadransie dotarli do wskazanego skrzyżowania, skąd skręcili w prawo w, jakwynikało z tabliczki na pogiętym słupie, Piastenstrasse.Pierwsze domy po obu stronach ulicy,oszczędzone przez bomby, zachowały się całkiem dobrze, jeśli nie liczyć zerwanych dachów ipostrzelanych ścian.Następnych, które powinny stać za poprzeczną ulicą, Fiirstenstrasse, poprostu nie było.Nie zobaczyli też żadnych ruin ani wypełnionych gruzem lejów po bombach.Przednimi rozciągał się rozległy plac, długi na blisko dwa kilometry, szeroki na co najmniejkilkaset metrów.Daleko po prawej widzieli pylony wiszącego mostu przechodzącego przezOdrę oraz, po jego lewej, grupę długich, kilkupiętrowych budynków.Pas wolnej odzabudowy przestrzeni miał kształt wydłużonego trójkąta, węższego od strony północnej,szerszego od południowej.Na skraju pustaci leżały niskie pryzmy gruzu, których widocznienie zdążono uprzątnąć.Teren został starannie wyrównany i pokryty w części asfaltem, w części zaś ubitymceglanym tłuczniem.Korzycki, z trudem wierząc własnym oczom, spojrzał na plan Nyczka -wynikało z niego, że między dwiema odnogami Odry prawie bez śladu zniknęło kilka gęstozabudowanych ulic, promieniście odchodzących od położonego w połowie Kaiserstrasseronda, Scheitniger Stern, tak jakby setki stojących tu niegdyś domów zostało wbitych wziemię gigantycznym kafarem, a ich resztki rozgnieciono i wyrównano walcami.Przez parę minut w milczeniu spoglądali na upiorną ceglaną pustynię [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl