[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Rozdzwoniły się zegary stojące na komódkach, wiszące naścianach.Uderzenia niskie i chrapliwe, wysokie i dźwięczne.— Wpół do siódmej.— Pani Ala podniosła się także.— Jeżelinie chcecie się spóźnić, musi się pan pospieszyć.Na korytarzu pierwszego piętra spotkałem Adę wychodzącą złazienki.W płaszczu kąpielowym, z mokrymi, ściśleprzylegającymi do głowy włosami, z świeżą, nieumalowanątwarzą, kropelkami wody, spływającej z włosów na czole,wyglądała jak dziewczynka.— Nie mogę cię teraz zaprosić — powiedziała cicho— Ewa jest u mnie.Widzisz, co dla ciebie robię? Goto wamsię z nią nawet zaprzyjaźnić.Dotknęła chłodnym, mokrym czołem mojego czoła i pobiegłado siebie.Westchnąłem ciężko nad swoim trudnym losem izacząłem się spieszyć, jako że czasu zostało już mi niewiele.Wziąłem tusz, ogoliłem się, przebrałem, a kiedy byłem jużgotów, ruch powstał na korytarzu i zapukano energicznie domoich drzwi.— Czekamy na pana — rzekł Janusz.— Nasze dziewczynyokazały się punktualne.— Nasze? — spytałem.— Dziękuję, że mnie pan przypuścił dospółki.Świeżo upieczone przyjaciółki czekały w hallu.Ich widokmógł nawet antyfeministę przyprawić o entuzjazm.— Jeszcze chwila! — zagrzmiał z góry Mrozowski.— Powinniśmy wyjść razem.Pani Ala wyszła do nas w przybrudzonym fartuszku.— Myślę, że dzisiaj się już nie zobaczymy — powiedziała.—Bawcie się dobrze.Z kuchni dobiegł potężny krzyk Heleny:— Gdzie do ciasta z takimi rękami? Wyszorujcie się najpierw,zanim wejdziecie do kuchni!— I tak będzie zakalec! — odszczeknął się Janiak, już zkorytarza.Wyruszyliśmy całą gromadą, z panem Mrozowskim na czele.Było coraz chłodniej, dziewczęta zarzuciły szale na ramiona.Droga na szczęście nie była daleka.W ogrodzie spotkaliśmyZagórskiego, trzymał za obrożę wielkiego wilczura.— On jest wściekły! — wykrzyknął Mrozowski.— Poznaję pooczach!— Przeciwnie — wyjaśnił Zagórski —jest za dobry.Trzymamgo, żeby nie lizał was po twarzy.Willa Hoszowskiego była duża, stara i mroczna.Gospodarzprzywitał nas w hallu, po czym rozsunął oszklone drzwi iznaleźliśmy się w salonie, pełnym pięknych, secesyjnych mebli,fantazyjnych stolików, foteli, serwantek.U sufitu rozbłysnąłkryształowy żyrandol, choć przecież było jeszcze jasno.Na dwustolikach leżały nowe, lśniące fabrycznym opakowaniem taliekart, bloki papieru i miękkie ołówki.W rogu, na trójkątnymkredensiku czy barku pobłyskiwały kolorowe etykiety butelek:martini, dżin, whisky, syfony z wodą sodową, koniaki: salignaci martel; migdały, słone paluszki, otwarte puszki z korkamiśledziowymi, kostki sera, półmisek wędlin.Na stoliku obokpiętrzyły się stosy owoców.Wieczór zapowiadał się nie najgo-rzej.Hoszowski stał już z kieliszkiem w ręku, przygotowując się dotoastu.Zjawił się wreszcie Zagórski i byliśmy w komplecie.— To będzie rzeczywiście tylko coś na kształt toastu — rzekłHoszowski — bo chociaż cieszę się bardzo, widząc państwa usiebie, nie mamy poza tym powodów do radości.Kiedyś, napewno, zdobędziemy się na to, żeby myśleć o wszystkim, co sięwydarzyło, spokojnie, i mam nadzieję, że spotkamy się tutaj wtym samym gronie i w lepszych nastrojach.Wasze zdrowie.Ale wyraz jego twarzy przeczył smętnej treści toastu.Hoszowski był pewny siebie, niemal triumfujący.Kiedywychyliliśmy kieliszki, napełnił je szybko, chodząc z wysokouniesioną butelką, z każdym ze swych gości wymieniał kilkazdań, zdradzających wcale dobry humor, wreszcie zatrzymał sięprzy Ewie i oświadczył, że traktuje ją jako pacjentkę i nieopuści przez cały wieczór, tego bowiem wymaga od niego etykazawodowa.Nie zachwyciło to Janusza.— Ewa jest dzisiaj pod moją opieką — oświadczył— czuwam nad nią od rana i myślę, że jest zadowolona.Prawda, Ewuniu?— Prawda — westchnęła — dlatego wydaje mi się, że możeszode mnie odpocząć.— Nigdy — rzekł stanowczo [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl