[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.W oknie rozgałęzione konary dębuprzypominały korzenie wczepione w glebę deszczowego nieba.Pokazywały się na nich blade listki.- Wszystko jest, jak było - powiedziała matka i parę łez spłynęłojej po policzkach.Weszła dzierżawczyni, Dziurzyna i Maniunia, każda ze snopemnarcyzów.- Zakwitły tarniny nad rowem - oznajmiła dzierżawczyni.-Przyjechali państwo na zimne dni.Teraz takich będzie jedenaście.- Dlaczego jedenaście?- Bo tak jest, pani.Ojciec żegnał się.Miał być odwieziony do węzłowej stacji napociąg pośpieszny, który odchodził za trzy godziny do Warszawy.Wuj go odprowadzał.Ojciec ucałował matkę i Jaona w czoło, a wuj,mimo że zaraz miał wrócić, zachowywał się, jakby odjeżdżał.Zachwilę powóz wytoczył się z podwórza.Dzierżawczyni mówiła szeptem do matki:- Pozwoli pani moim dzieciom bawić się z pani synkiem? To dzikie,niewychowane dzieci.%7łeby mu czegoś nie zrobiły.Bo one już wstałyi dopytują się o chłopczyka, co przyjechał z miasta.Cały dzieńpasą krowy, barany i konia.Mogę je odesłać na pastwiska leśne,by nie przeszkadzały.- Chcę je poznać - odpowiedziała matka Jaona.- To one wcześniewstają?- O pół do szóstej.Dzisiaj zbudziły się wcześniej, ale są wzamknięciu dokąd pani nie pozwoli ich wypuścić.Przedtem je myłami czesałam.- Niech wejdą - powiedziała matka.Dzieci musiały stać za progiem, bo drzwi otworzyły się na oścież ijakby jakaś straszna siła, wrzuciła je do środka.Tak silnie sięrozpychały i każde chciało znalezć się w kuchni pierwsze, że maładziewczynka straciła równowagę i musiała oprzeć się na rękach.Wszystkie były bose i wszystkie w rzeczach na wyrost.Dwaj chłopcymieli krótkie spodenki do kolan, dziewczynka sukienkę do połowyud.W jej włosach tkwiła cieniutka, złota wstążeczka, jakimiowijano pudła z czekoladkami.Kolor oczu wszystkich trojga byłjednakowy, intensywnie niebieski, ale wyraz różny.Dziewczynkamłodsza od Jaona, przyglądała się Jaonowi tak, że aż jewytrzeszczała, rówieśnik Jaona patrzył na niego z ciekawością,starszy od niego chłopak - z zaczepnością i pogardą.Takiegospojrzenia Jaon dotąd nie spotkał.- Przywitajcie się i podajcie sobie ręce - rozkazała matka Jaona.Jej głos nie miał tej pewności, co zawsze.Dwoje młodszych nieumiało podawać rąk i było z tym sporo kłopotu.Najstarszy z trójkinieoczekiwanie objął Jaona ramieniem i pocałował w usta.Jaonpoczuł silne ramię, smak mleka i zapach słomy.- Co ty robisz - krzyknęła dzierżawczyni i uderzyła syna ścierką wgłowę.Jaona przeraził cios i jego gwałtowność, a chłopak uskoczył iśmiał się, czy też udawał śmiech.- Myślałem, że to dziewczynka - tłumaczył.- Wyjdz! - krzyknęła dzierżawczyni.Wyszedł, a ona powiedziała:- On nie może spotykać się z paniczem.Zbuduje mu się szałas wlesie.Będziemy mieli na całe lato zwierzęta na dobrej łące.Mniejsze dzieci będą mu zanosiły jedzenie i mleko.Dla mnielepiej, że pozbędę się go z domu.Lubi być sam w lesie.Zastawiapułapki na zwierzynę, będą mieli państwo dziczyznę.- Czy to wolno?- To pani nie wie? Aąka leśna jest pana Rudolfa i panina.- To jeszcze mały chłopiec.Będzie bardzo sam.- Na dwanaście mu idzie.Państwo pożyczą mu książek; Lubi czytać.Nie jest zły, ale przy ludziach nie może być, bo jest całkiemdziki.Przeszli do jadalnego.- Troszeczkę jestem zła, że nie powiedziałeś mi o dzierżawcach -powiedziała matka do wuja.- Przysięgam ci, zapomniałem.Ziemia nie mogła stać odłogiem.Wypadło zle, jakbym ja ukrywał ten dochód.Ale to tylko chleb,mleko, ziemniaki.Wy nie troszczyliście się.Obraziłaś się naziemię i dom, bo tu umarli rodzice.%7łałujesz, że przyjechaliście?- Nie.Bo Jaona zachwycił ten świat.Jaon nie mógł myśleć o niczym, tylko o najstarszym synudzierżawczyni.Nigdy nikt nie obdarzył go takim spojrzeniem, jaknajstarszy syn dzierżawczyni, Dzidek.Nie umiałby go nazwać.Jaonnie znał słów takich, jak pogarda, nienawiść, szyderstwo.Znałtylko słowa używane w domu, przez wuja, stryja i państwaWoynickich.- Czeka nas przyjęcie.Zapominasz, że jutro najbliższaprzyjaciółka matki obchodzi imieniny - mówił wuj.- Nie chcę jej widzieć.Dokuczała naszej matce.- Ale matka ją lubiła.Ona wie o twoim przyjezdzie i czeka.- Mam brać Jaona? %7łeby zobaczył to zbiorowisko?- Niech wprawia się w życie towarzyskie.Niech uczy się nudy.Jaonowi zachciało się spać, a może i usnął na chwileczkę, bo nagleznalazł się w dawnym pokoju matki, na jej rękach.Jednocześnie zzewnątrz Dziurzyna zamykała okiennice.Zapadła ciemność w środkudnia.Matka położyła Jaona do drewnianego łóżeczka z grubowypchanym, wysokim siennikiem.Cisza tego domu, zimna, sztywna odkrochmalu pościel z grubego lnu, zapach słomy, zwykłego mydła,świeżo bielonych ścian, napływająca z półotwartych szaf tajemniczawoń lawendy, łącząca się z wonią narcyzów, kwitnących jabłoni igrusz, wydawały się nakłaniać do snu.Przebudzenie nastąpiło nazajutrz, a potem wstawanie, ubieranie sięna wizytę, droga w lakierowanych bucikach ścieżką przez mokrełąki, oszołomienie powietrzem i wejście tylną furtką do ogrodudoktorostwa, ogromna weranda, gdzie siedziało ze sto osób, wszyscystarzy, jakby Jaon spóznił się o siedemdziesiąt lat.- Nie chcę tu - cofnął się Jaon.Ale doktorowa biegła ku nim z otwartymi rękami i ściskała jegomatkę i jego.- Ach jakie oczy - powiedziała patrząc na Jaona.- Rozumiejąwszystko.Widzę to
[ Pobierz całość w formacie PDF ]