[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Serce, serce, serce.%7łe go znalezli wypatroszonego jak wieprza, bez serca wpiersi.Rozumiesz? Wiatr już o tym wieje, Joe.To nie tajemnica, choćby i tu, w areszcie.Nieżadna cholerna tajemnica.A on się stąd nie ruszył, szeryfie.Przysięgam.Na Bogaprzysięgam.Barlow robi krok w tył, jakby się poddawał, pokazywał, że nie dąży, nie chce dążyć dojakiejkolwiek konfrontacji.- Tak, Tom.Jasne.- Próbuje się uśmiechnąć.- Nie ruszył się.Z pewnością.- Spytaj go - szepcze Ribbs, tak żeby nie usłyszał Zack, eskortujący do wyjściazataczającego się niczym lunatyk Burnsa.- Sam go spytaj, Joe.Więc szeryf odwraca głowę, żeby wreszcie spojrzeć, zmusić się i spojrzeć naHitchcomba, siedzącego na pryczy z obojętną twarzą kota.- Coście robili w nocy?- Spałem - odpowiada spokojnym, wręcz uprzejmym tonem.- A on, ten dzieciak? Możecie to wytłumaczyć?Hitchcomb wzrusza ramionami.- Było dokładnie tak, jak powiedział.Wszystko się zgadza, szeryfie.Znił i coś mu sięuroiło.Ale Barlow nie rezygnuje.Coś, jakaś trwoga, strzęp tego, co znalazł w ściągniętychrysach Burnsa, co usłyszał w tym złamanym, słabym głosie, każe mu jeszcze się niepoddawać.Przysuwa się do kraty, starając się przeniknąć poza zasłonę wartkiej, płynącej wody wzimnych tęczówkach tamtego.- Ralphie Hitchcomb, czy choć na chwilę opuszczaliście w nocy ten areszt?Tym razem na wąskich ustach więznia pojawia się krzywy uśmiech.Wysuwa nogę iczubkiem lekko znoszonego buta kopie w stojące w kącie wiadro z pokrywą, aż słychaćchlupoczący, mokry dzwięk.Nikły zapach uryny szybko rozwiewa się w powietrzu.- Czy opuszczałem celę? Nie podejrzewałem pana o takie poczucie humoru, szeryfieBarlow.- Chodz, Joseph - mówi Ribbs.- Chodz.Nic tu po nas.Więc Barlow posłusznie wychodzi, marząc już tylko o tym, żeby wreszcie się uwolnić,żeby ktoś przyjechał po tego człowieka, przeniósł go do większego więzienia, powiesił czyzastrzelił, w każdym razie usunął na zawsze z sennej egzystencji High Hill.* * *To wszystko dręczy go, nie pozwala się skupić czy odpocząć tego wieczoru, ale,oczywiście, zupełnie zmienia się, rozwiewa, traci na znaczeniu w nocy.Krwawej nocy,zabarwionej strachem i popłochem, i szlochami Celeste, i bezradnym, strasznym miotaniemsię między przymusem natychmiastowego siodłania konia i szalonej jazdy do miasteczka polekarza a lękiem, panicznym lękiem, że to się skończy, ostatecznie stanie wtedy, gdy go przyniej zabraknie, bo oddalony o blisko trzy mile będzie kołatał do drzwi starego doktoraHornby ego, pospieszał go, uprowadzał niemalże, a tymczasem Mary odejdzie na zawsze, zaostatni widok mając nie twarz ojca, jego oczy i zaciśnięte, wykrzywione rozpaczą usta, leczpomarszczone, zapłakane oblicze starej Murzynki, która była jedyną matką, jaką jego dzieckoznało.I dopiero Celeste drżącymi starczymi rękami wypycha go za próg, wciska w ręce wodze,gruba, natarczywa, twarda jak stal, szepcząc:- Niech pan jedzie, paniczu Joe! Niech pan szybko jedzie! Ja ją utrzymam, przysięgam naBoga i nieśmiertelną duszę, że utrzymam, aż przyjedzie doktór!Więc Joseph pędzi przez tę czarną, duszną noc, poruszając się niczym żywy obłok kurzu,wyciąga Hornby ego z łóżka, a potem z tą samą gorączkową trwogą, co przedtem lekarza,próbuje popędzać biedną starą klacz doktora, klnąc w żywy kamień, że Celeste osiodłała muRavena, zamiast wprząc go do dwukółki.A potem nadchodzi świt, szary, zamazany brzask, i ustaje wszelki ruch, ta nerwowa,rozpaczliwa panika.Jaka cisza, myśli Joe.Jaka cisza.Doktor siedzi przy łóżku małej, czarny jak grabarz.Siedzi długo, a potem wstaje iwychodzi na werandę, gdzie czeka Barlow.- Zrobiłem, co w mojej mocy, Joe - mówi ze zmęczeniem w głosie.- Powinieneś ją oddaćdo szpitala, synu.Już czas, wierz mi.Barow zaciska usta, nie patrzy na Hornby ego, nie patrzy na nic w ogóle, tylko w to blade,wyłaniające się zza horyzontu słońce.- Nie - mówi.- Mary musi.Umrzeć, umrzeć! - syczy ten obcy, zły głos w głowie.-
[ Pobierz całość w formacie PDF ]