[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Wtem opodal u drugiego stołu zanucił ktoś pieśń niemiecką i wszyscy,zwróciwszy się doń, przysłuchiwać zaczęli.Henryk tylko namarszczył się, bo tobył śpiew miłosny a dość płochy i chwila na nucenie zle dobrana.Dano jednakdokończyć ów Minnelied, a książę po ostatniej strofie odezwał się głośno, iżjeżeli śpiewać chciano, przystało tylko pobożną lub rycerską pieśń jaką zanucić.Do tego jednak nie przyszło, a gwar powstawał coraz większy.Książę przepijałdo sąsiadów zachęcając ich. Dobrej myśli bądzmy  mówił  jako prawi rycerze.Serca sobiezagrzewajmy, aby i w rękach silniej krew płynęła.Zmagano się na wesołość, ale myśli odbiegały ku domom.Wpośród żartów iśmiechu ten i ów szepnął nowinę o zniszczonych klasztorach, o miastachleżących w gruzach, o Sandomierzu i Krakowie, o liczbie jeńców pędzonych wniewolę. Nasz książę  wtrącił Sulislaw  dzięki Bogu ocalony.Nie chcieliśmytego, co nam najdroższe, ważyć na niepewne losy, musiał do Niemiec uchodzić,bośmy dlań sił dostatnich nie anieli. Lepiej by był zrobił  zabełkotał niewyraznie Szepiółka spozierając ostro naSulisława  żeby był żonę do Węgier wyprawił, a sam przybył do nas.Pobożny pan  dodał  to prawda, a ona, dosyć rzec, że Jadwigi siostrzenica, ale dorycerskiej sprawy za mało pochopny.Sulisław ujął się gorąco za pana swego. On rad by był iść, wyrywał się nam  rzekł  ale myśmy go nie puścili.%7łyłjeszcze brat mój podówczas, gdyśmy go na Węgry zmusili.Zamkowikrakowskiemu nie było co dowierzać, a w polu stanąć samym nie mieliśmy zczym.Nikt już nie odpowiadał na to.Książę Henryk poruszył się z miejsca swego. Czas!  odezwał się  północ bodaj blisko! Rozejdzmy się wypocząćtrochę, by wstać rzezwiejszymi o świcie.Ręką skinął ku swym gościom. Dzisiejszej nocy mało kto snu zakosztuje  odparł Szepiółka powstając.Poczęli się ruszać inni, lecz powoli.(Niemców dużo przy kubkach zostało.Pawlik też z wielkiej niecierpliwości wcale się kłaść nie chciał do snu.Z saliwyszedłszy pośpieszył do Rościsława i Jana Janicza oznajmiając im orozkazaniu książęcym, a prosząc, by go do orszaku przyjęli.Biegł potem dochaty, a za nim Wojusz niespokojny.Tu, choć dobrze na noc już było, po drodze uzbierawszy towarzyszów, Pawlik,nie słuchając starego, naganiającego do spoczynku, swawolę na nowo rozpoczął.Nie było sposobu dzbany mu poodbierać ani gości rozpędzić.Rozległy siępiosenki wcale nie pobożne, których słuchając nieszczęśliwy klecha, zmuszonyjuż w izbie na posłaniu zostać  uszy sobie zatykał.Tak przeszła noc prawie cała.W miarę, jak się ku ranu zbliżało, poważniały lica, ruch w całym obozie zacząłsię dawać czuć coraz żywszy.Niektóre oddziały wyciągały już za wały.Tymczasem przedniejsze rycerstwo śpieszyło do kościoła Panny Marii, doktórego się już docisnąć było trudno.Zwiatła płonęły w wielkim ołtarzu, aksiądz jeden nieustannie obchodził klęczących z komunią świętą.Drudzyduchowni tu i owdzie poprzysiadawszy na stopniach, w ławach, stojąc nawet,spowiadali przychodzących żołnierzy, prawie wyznań ich nie słuchając,rozgrzeszając co żywiej, bo drudzy tuż z płaczem i błaganiem naciskali się iwpraszali.Tłum wlewał się i wylewał nieustannie z kościoła, msze jedne wychodziły podrugich, gdy zaczynało świtać.Kwietniowe noce krótkie już były.Rycerstwo księcia (Henryka szykowało się do boju wedle jego rozkazów, ontrwał na modlitwie jeszcze.Języka miano pewnego, że Tatarowie na pięć kup byli podzieleni, więc i książęHenryk na tyleż chciał swoich ludzi rozłożyć.Szykowali się żołnierze z wolna, bo wielu z nich jeszcze przy kościele na wiatykoczekiwało, a tego nikomu odmawiać się nie godziło.Z wieży kościoła Panny Marii postawiona na niej straż dawała znać, cowidziała.Tatarzy już się z legowiska ruszali.Można było stąd nawet rozeznać ich niby pięcioro kup oddzielnych, a ponad nimi powiewające płachty jakieś,niby chorągwie.Z dala wiatr czasem przynosił jakby głuche wrzaski.Dzień się zdawał wybierać na pogodę, lecz rannych chmur jeszcze słońce niemogło rozpędzić.Starszyzna na koniach, tu i owdzie się zwijając, napędzała istawiła do szyków.Ks.Henryka na placu nie było jeszcze, tylko u wrót kościelnych czekał nańprzyboczny oddział jego z Rościsławem i Janiczem, a Pawlik z nimi.Niemcówsiła już stało na koniach, pookuwanych w żelazo, poodziewanych w koszuledruciane, w hełmach ciężkich, na których rogi, trąby, skrzydła i ptaki różnesterczały.Każdy z tych mężów zbrojnych tak pięknie zdawał sięniezwyciężonym.Cóż mogły przeciw nim strzały? co mogły choćby i tatarskiemiecze? Konie nawet zbrojami od nich obwarowane były.Na polu coraz się ludu roiło więcej, a ks.Henryka nie było jeszcze.Modlił się długo u stopni ołtarza, nie trwożąc, ale czerpiąc ducha corazmężniejszego.Duch matki zdał się wstępować w niego i wlewać mu męstwowielkie.Od ołtarza ksiądz, staruszek siwy, skończywszy obdzielanie hostią błogosławiłkielichem podniesionym do góry  chyliły się głowy, robiła cisza, książęHenryk w piersi się uderzył, wstał.Za nim wszyscy ruszyli się z kościoła  godzina była już pózna, słońcewstawało.Cisnęli się za nim ci, co jeszcze się modlili, gdy w samym już progu stojącyksiążę usłyszał trzask nad głową swą i kamień z górnego muru nagle spadającległ u nóg jego, tak że kęs szyszaka, który książę wkładał, potrącił.KsiążęHenryk cofnął się na krok, zbladł trochę.Pawlik, który tu też stał i patrzał na to, półgłosem odezwał się wesoło: Dobra wróżba! Kamień padł, a nie obraził pana naszego.Czartowska moc gocisnęła, a o Bożą opiekę się rozbiła.I ta, co nas tam czeka w polu, bezsilnąbędzie!Książę usłyszawszy to smutnie się uśmiechnął i wdzięcznie spojrzał na śmiałka.Kamień zgruchotany upadkiem, wielki jak spory bochen chleba czarnego, leżału nóg jego  potrącił go ze wzgardą, zszedł z proga i konia kazał podawać.Kto żyw, pośpieszył za nim.Na tak zwanym Dobrym Polu, nad Nysą, szykowały się zastępy.Pierwszy, który się już był naprzód wydał i był gotowym, gdy książę go oglądaćprzyjechał, składała różna drużyna, zbierany lud, rycerstwo ze stron wielunadbiegłe, Niemców na przodzie dosyć, którzy tu rej wodzili; Bertrand stary, cobył pod Damiettą i tak o jej oblężeniu rozprawiać lubił, stał tu także.Nierówno zbrojny tu był żołnierz i niejednaki, a że niewiele się go zebrało,przybyli też górnicy ze Złotogóry, lud silny, krzepki, zahartowany, ale zbrojnywięcej we młoty i obuchy niż w oręże, łuki mający lada jakie.Niektórzy z nichnieśli tylko tarcze proste, skórą jako tako obleczone. Co nie stało prawego żołnierza, dopełniano górnikami wiele okazującymi serca.Na wodza się tu wybrał Szepiółka, którego, że trudno było czasem zrozumieć,Morawianin Stempek, pułkowódca jego, rozkazy zań wydawał.Górnicy, z których sobie lepiej uzbrojone rycerstwo niemieckie żarty stroićchciało, wzięli to tak do serca, iż wołać i domagać się zaczęli, aby pierwsi dowalki wystąpili [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl