[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Dirk ziewnął.- Co masz na sobie, Alke? Te żółte koronki?- Dirk! Nie staraj się za wszelką cenę zmienić tematu! To nic nieda!- A może te.wiesz, te jesienne liście ? Te, co to z tyłu prawienic nie mają.Twoje włosy.- Dirk.- upomniała znowu Alke, ale już o wiele łagodniej.Psychologia była jej hobby, jej powołaniem.Poza tymrozkoszowała się chwilami jak ta, gdy była od Dirka mądrzejsza.Zdrugiej strony autentyczny podziw Dirka dla jej kobiecości działał nanią zawsze jak narkotyk.- Dirk, czas, żebyś się stał dorosły!- Jutro - obiecał chętnie.- Brak mi ciebie.To łóżko jest o wieleza duże na jedną osobę.To mnie przytłacza.Tak bym cię chciał wziąćteraz w ramiona.Wiesz, chyba sobie kupię misia, takiego dużego.- Ależ Dirk! - Alke była naprawdę zgorszona.- To się nazywafetyszyzm!- Alke, Alke! Myślisz, że chciałbym.z.misiem? - skarcił ją zudanym zgorszeniem.- Jaką ty masz brudną wyobraznię!- A co chciałbyś? - spytała, odrobinę zdezorientowana.- Spać, naprawdę spać, z tobą w ramionach.Jestem zmęczony.Wiesz, która godzina?Alke wydała spłoszony okrzyk.- Mój Boże, Dirk! Rzeczywiście! Co my robimy? Ja mam jutroprzez cały dzień od rana zajęcia, ty też musisz wcześnie wstać! Tylkonie zapomnij zjeść śniadania.Ostatecznie każ sobie przynieść coś zkawiarni do komisariatu.Zpij teraz, śpij! Dobranoc!- Dobranoc, kochanie.Bardzo mi pomogłaś.Co ja bym bezciebie zrobił? Ach, jak ja bez ciebie zasnę? Jestem jak pół człowieka.Powiedz mi jeszcze tylko, w co jesteś ubrana, żebym mógł sobieprzed snem pomarzyć.Koronki czy jesienne liście?- Ani jedno, ani drugie.Myślisz, że biegam tu we wspólnociemieszkaniowej ubrana jak kurtyzana? Dobranoc.Porozmawiamy jutroo twoich problemach.Obiecuję.Kocham cię.- Alke odłożyłasłuchawkę.Jak kurtyzana.- myślał Dirk, zagrzebując się w kołdrę.Tak towidzisz?WtorekDirk i Alke zamieszkali razem, gdy zwolniło się mieszkanie napierwszym piętrze tego samego starego domu w zaułku niedalekorynku, w którym Dirk już przedtem zajmował kawalerkę na poddaszu.Białe ściany budynku przecinały czarne belki rzezbione w kwiaty,przed małymi oknami wisiały skrzynki z przelewającymi się przezbrzegi kaskadami koralowoczerwonych pelargonii, przed wejściemstały bukszpany w glinianych donicach, a obok, na różowawymbruku, pomalowana na niebiesko drewniana fryzyjska ławka.Z tejwłaśnie ławki podniósł się na widok Dirka Luk.Podkrążone, zaczerwienione oczy, zmierzwione włosy iotaczający go obłoczek knajpianych wyziewów świadczyły opracowicie spędzonej nocy.Luk nie był człowiekiem wymyślającymartykuły przy biurku.Luk zbierał materiały tam, gdzie tętniło życie.Własne wnioski i komentarze utrwalał bezpośrednio na taśmiedyktafonu.Samo pisanie nie było jego mocną stroną.Brakowało mujuż rozpędu, wytracał całą energię, zanim po przepracowanych przyzródłach godzinach decydował się na lądowanie przy redakcyjnymkomputerze.- Czekałem na ciebie - powiedział bez wstępów.- Całą noc? - Dirk pamiętał, że Luk należał wczoraj doodprowadzającej go asysty.- Dlaczego całą? - zdziwił się dziennikarz.- Ach tak -przypomniał sobie.- Nie, nie.Wróciłem jeszcze do Ratuszowej.Zbierałem materiały.- Nad czym pracujesz? - zainteresował się Dirk uprzejmie.- No wiesz! - obruszył się Luk.- Jeszcze się pytasz? A nad czymty pracujesz? Po to właśnie tu jestem.- Idz lepiej spać.Wyglądasz jak zombie.i.pachnieszpodobnie.Chodzi ci pewnie o Pagla.Ode mnie nic się nowego niedowiesz.Nie pracowałem w nocy.Spałem.A Paglem zajmuje sięSOKO z Hamburga.Dochodzili właśnie do miejsca, gdzie cicha uliczka otwierała sięna rynek.Luk przytrzymał Dirka za łokieć i pociągnął lekko w stronęściany.Zatrzymali się.- To ja mam ci coś do powiedzenia.- zaszeptał.- Na twoimmiejscu zająłbym się jednak Bockiem.Jak Pagel zabrał munarzeczoną, odgrażał się, że go zabije.- Wtedy się odgrażał.Stare dzieje.Ile to już lat?- Piętnaście.Ale to nie wszystko.Martin wybijał Paglowi oknakamieniami, dziurawił mu opony.- Wiadomo, że to on?- A co ty myślisz? Wcale się z tym nie krył.Mogę ci przynieśćstare gazety.Nawet go koledzy fotografowali.Najpierw upijał się wknajpie, a potem, rycząc jak lew, szedł przez miasto pod domPagla i rozrabiał.- A policja? - wtrącił Dirk.Luk spojrzał na niego z wyrzutem.- Dirk, jesteśmy w Kirchdorfie.Wiesz, jak się takie sprawyzałatwia.Policja oczywiście interweniowała.Spisywali protokoły,nasz komisarz, taki starszy pan z brzuszkiem, rugał Martina poojcowsku i nawet go nigdy nie zamknął.Ani na jedną noc.ZresztąBrigitte broniła Martina.Skończyło się tak, że Brigitte z Paglemwyjechali, jeszcze przed ślubem, i zniknęli na długie lata.Pagel potemwrócił sam.Jakieś pięć lat temu.- A Brigitte?- Mieszka, jeśli się nie mylę, w Hanowerze, jest tam jakąśbusineswoman.- Myślałem, że on zniknął z miasta z powodu tych zdjęćpornograficznych?Luk westchnął.- Chodz, idziemy do kawiarni na śniadanie.Jadłeś już?- Nie jeszcze.Idz pierwszy, zaraz do ciebie dołączę.Muszę sięnajpierw pokazać w pracy.(W komisariacie powitała Dirka cisza.Dopiero gdy zacząłhałasować zacinającymi się szufladami dużej szafy, zwanej archiwum,z zaplecza wyłoniła się Helga Meier.Od kiedy nastali Max i Moritz ikilka razy dziennie przebiegali jak orkan przez komisariat, nanoszącwszelkiego śmiecia, Helga przychodziła codziennie rano.Sprzątała wszystkie pomieszczenia, zmywała i czasem gotowałaDirkowi kawę.Tylko Dirkowi, bo nie należało to do jejobowiązków.Helga szanowała komisarza Tielke, z Frankiem Rothemnatomiast prowadziła nieustanną wojnę podjazdową.Położyła teraz na biurku stosik korespondencji i trochę nerwowowyjaśniła:- Zabrałam to najpierw na zaplecze, żeby tu nie zawadzało przysprzątaniu.Pan wie.Dirk nie wiedział, ale mało go to interesowało.Było muwszystko jedno, jak Helga Meier organizuje sobie robotę.Zastanowiłogo tylko, że sprzątaczka zachowywała się jak ktoś przyłapany nagorącym uczynku.Zaczerwienione policzki, nerwowy potokwymowy, lekkie drżenie dłoni równającej stosik listów.CzyżbyHelga przeglądała jego urzędową korespondencję? Jakież to nudne!Niemniej jednak należałoby to ukrócić.Dziś jeszcze trzeba będziekupić i założyć skrzynkę na listy, do której klucze poza nim samymdostanie tylko Roth.Na razie listonosz wrzucał wszystko zwyczajniena podłogę przez klapkę w drzwiach.- Dziękuję.Jest pani gotowa ze sprzątaniem?- Tak, wszystko czyściutkie.Zrobić panu kawy? Mogę też pójśćpo bułeczki.A panna Fink już znowu na uniwersytecie, prawda?- Prawda - przyznał Dirk, grzebiąc w zakurzonych aktach.- Ikazała mi iść na śniadanie do kawiarni.Dziękuję więc za kawę, zarazwychodzę.- Wstał.- Aha! - wyrwało mu się.- Słucham?- Nie, nic.Do siebie mówiłem.- To ja już pójdę, dobrze?Dopiero gdy Helga wyszła, Dirk wyciągnął z szafy cieniutkąteczkę.Czytając zawarte w niej kartki, kilkakrotnie jeszcze powtórzył aha , następnie odłożył ją na miejsce, zamknął archiwum na klucz iposzedł do kawiarni, gdzie Luk wcinał z apetytem jajka, rogaliki iwędlinę.Widząc Dirka, wypił duszkiem filiżankę kawy, obtarł ustawierzchem dłoni i zaczął:- Reiner Pagel został wyrzucony ze szkoły dwa lata przedmaturą.Nie widzieliśmy go przez całe lata
[ Pobierz całość w formacie PDF ]