[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.– A co słychać u ciebie, Josie? – zapytał.– Tęsknisz za mną?– Jasne.Leci mi całkiem nieźle, ale Skrakky to Skrakky.Lepiej zostań tam, gdzie jesteś teraz.– Zerknęła na bok, a potem znowu spojrzała na ekran.– Muszę już kończyć, bo zapłacisz ogromny rachunek.Fajnie, że zadzwoniłeś, kochanie.– Josie – zaczął Trager, ale ekran już zgasł.* * *Czasami, nocą, nie potrafił się powstrzymać.Podchodził do domowego ekranu i dzwoniłdo Laurel.Zawsze mrużyła powieki, gdy zobaczyła, kto to, i przerywała połączenie.A Trager siedział w ciemnym pokoju i wspominał czasy, gdy czuła się tak bardzo szczęśliwa, słysząc jego głos.* * *Ulice Gidyonu nie są najlepszym miejscem na samotne, nocne spacery.Światła palą się jasno, nawet późną nocą, i pełno tam ludzi oraz martwiaków.Są też sklepy mięsne, przy wszystkich bulwarach i promenadach z gwoździowego drewna.Słowa Josie utraciły moc.W sklepach mięsnych Trager zapominał o marzeniach i znajdował tanie pocieszenie.Zmysłowe wieczory z Laurel i nieudolny seks z lat chłopięcych należały już do przeszłości.Trager brał kobiety ze sklepu mięsnego szybko i zdecydowanie, niemal brutalnie, rżnął je z niemą gwałtownością dochodząc do nieuniknionego, idealnego orgazmu.Czasami przypominał sobie teatr i kazał im odgrywać krótkie erotyczne przedstawienia, żeby wprowadzić się w nastrój.* * *Nocą nadchodziło cierpienie.Znowu wędrował po korytarzach, niskich, mrocznych korytarzach hotelu dla operatorów na Skrakky, ale tym razem były one straszliwie kręte i dawno już zgubił drogę.W powietrzu unosiła się gęsta, szara mgła, przesycona zapachem zgnilizny.Z każdą chwilą robiła się coraz gęstsza.Obawiał się, że wkrótce przestanie cokolwiek widzieć.Chodził wciąż w kółko, to w górę, to w dół, ale zawsze natrafiał tylko na kolejne korytarze i wszystkie one prowadziły donikąd.Drzwi były złowrogimi, czarnymi prostokątami, pozbawionymi klamek i zamkniętymi przed nim na zawsze.Większość nich mijał bez zastanowienia, ale raz czy drugi zatrzymał się, widząc przesączające się przez szczeliny światło.Wytężał słuch i słyszał dobiegające ze środka dźwięki.Zaczynał wówczas pukać jak szaleniec, ale nikt mu nie odpowiadał.Ruszał więc w dalszą drogę przez coraz gęstszą i mroczniejszą mgłę, która wydawała się parzyć jego skórę.Mijał kolejne drzwi, aż wreszcie z oczu popłynęły mu łzy, a stopy miałzakrwawione i obolałe ze zmęczenia.I nagle, gdzieś w głębi niewiarygodnie długiego korytarza, dostrzegał otwarte drzwi.Biło z nich światło tak gorące i białe, że aż raziło mu oczy.Dobiegała stamtąd piękna, radosna muzyka oraz ludzkie śmiechy.Trager zrywał się do biegu, choć stopy bolały go straszliwie, a płuca piekły od wdychanej mgły.Biegł i biegł, aż wreszcie docierał do pokoju z otwartymi drzwiami.A wtedy okazywało się, że to jego pokój i że jest pusty.* * *Raz, podczas krótkiego okresu, gdy byli razem, wybrali się za miasto i kochali się ze sobą pod gwiazdami.Potem przytuliła się mocno do niego i pogłaskał ją delikatnie.– O czym myślisz? – zapytał.– O nas – odparła z drżeniem.Wiatr był silny i chłodny.– Czasami się boję, Greg.Boję się, że coś się stanie, coś, co wszystko zepsuje.Nie chcę, żebyś mnie opuścił.– Nie bój się – uspokoił ją.– Nie zrobię tego.Każdej nocy, nim nadszedł sen, dręczył się jej słowami.Po dobrych wspomnieniach został mu tylko popiół i łzy, a złe budziły niemą wściekłość.Sypiał z duchem, nienaturalnie pięknym duchem, pozostałością martwego marzenia.Budził się z nim co rano.* * *Nienawidził ich.I z tego powodu nienawidził siebie.3Marzenie DuvalieraJej imię nie ma znaczenia.Nieważne, jak wyglądała.Liczy się tylko to, że była, że Trager spróbował jeszcze raz, że zmusił się do tego, nie stracił wiary i nie dał za wygraną.Spróbował.Ale czegoś zabrakło.Magii?Słowa pozostały te same.„Ile razy człowiek może je powtarzać i wierzyć w nie, tak jak wierzył za pierwszym razem?” – zastanawiał się Trager.„Raz? Dwa? Trzy? A może sto razy? I czy ci, którzy powtarzająje sto razy, naprawdę potrafią lepiej kochać? Czy tylko skuteczniej oszukują samych siebie? Czyż nie są to ludzie, którzy już dawno wyrzekli się marzenia i używają jego nazwy na określenie czegoś innego?”Powtarzał jednak te słowa, obejmował ją, tulił i całował.Powtarzał je ze świadomością pewniejszą, cięższą i bardziej martwą niż wszelka wiara.Powtarzał je i próbował, ale nie potrafił już w nie uwierzyć.Ona również powtarzała te słowa i Trager uświadomił sobie, że nic już dla niego nie znaczą.Raz po raz mówili sobie to, co pragnęli usłyszeć, ale oboje wiedzieli, że tylko udają.Bardzo się starali.Ale kiedy wyciągał rękę – jak aktor uwięziony w swej roli, skazany na ciągłe odgrywanie tego samego fragmentu – by dotknąć jej policzka, skóra dziewczyny była gładka, miękka i piękna.I mokra od łez.IVEcha– Nie chcę cię skrzywdzić – powtarzał Donelly, szurając nogami i robiąc zawstydzoną minę, aż wreszcie to Trager poczuł się winny, że skrzywdził przyjaciela.Dotknął jej policzka, a ona odwróciła się od niego.– Nie chciałam cię zranić – powiedziała Josie i Tragera ogarnął smutek.Dała mu tak wiele, a on odwdzięczył się jej poczuciem winy.Tak, zraniła go, ale silniejszy człowiek nie pozwoliłby, by to zauważyła.Dotknął jej policzka, a ona pocałowała jego dłoń.– Przykro mi, ale tak już jest – rzekła Laurel i Trager poczuł się zagubiony.Co takiego zrobił, na czym polegała jego wina, w jaki sposób wszystko zniszczył? Była tak pewna ich miłości.Mieli tak wiele.Dotknął jej policzka, a ona się rozpłakała.„Ile razy człowiek może je powtarzać i wierzyć w nie, tak jak wierzył za pierwszym razem?” – brzmiał echem jego głos.Wiatr niósł gęste obłoki ciemnego pyłu, a niebo pulsowało nieprzyjemnie migotliwym, szkarłatnym płomieniem.W dole, w mroku, stała młoda kobieta.Miała gogle, maskę, krótko ostrzyżone, brązowe włosy i znała wszystkie odpowiedzi.– Coś w kółko nawala, a oni wciąż zaczynają od nowa.Powinni sobie uświadomić, że coś tu nie gra.Po tak wielu wpadkach tylko szaleniec mógłby sądzić, że następnym razem wszystko pójdzie jak trzeba.Trup przeciwnika jest wielki i czarnoskóry.Na jego torsie uwydatniają się mięśnie, efekt wielu miesięcy ćwiczeń.To najpotężniejszy rywal, z jakim Trager dotąd się mierzył.Zgarbiony martwiak posuwa się po wysypanej trocinami arenie powolnym, niezgrabnym krokiem.W jednej dłoni trzyma błyszczący pałasz.Trager obserwuje go ze swojego krzesła, wysoko nad jednym z końców placu walki.Drugi operator jest ostrożny.Trup Tragera, żylasty blondyn, stoi i czeka.Jego morgensztern spoczywa na zbroczonym krwią pyle.Kiedy nadejdzie czas, Trager potrafi poruszać nim wystarczająco szybko i sprawnie.Przeciwnik o tym wie i widzowie również.Czarny trup unosi nagle pałasz i rzuca się biegiem do ataku, licząc na to, że szybkość i większy zasięg ramion przyniosą mu zwycięstwo.Ale gdy ostrze pałasza przeszywa powietrze w dobrze wymierzonym ciosie, martwiaka Tragera już tam nie ma.Siedzący wygodnie na górze/stojący na arenie ze stopami brudnymi od krwi i trocin –Trager/trup – wydaje polecenie/unosi morgensztern – i wielka, nabijana kolcami kula zaczyna się kręcić, niemal leniwie, niemal z gracją
[ Pobierz całość w formacie PDF ]