[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Powtarza raz po raz: Chyba nie muszę panu tego tłumaczyć.Z poczucia obowiązku, jak gdyby sam zdawał egzamin w obecności obu zbroj-mistrzów, tłumaczy jednak, choć jest mu to wyraznie niemiłe.Mam wrażenie, żechciałby mi pokazać, iż posiada również wyższe zainteresowania, ale w tym barakumoże tylko od czasu do czasu spoglądać przez okno na strugi deszczu.Dwaj zbrojmi-strze natomiast, spoglądający na mnie z coraz większą nienawiścią, nie bacząc na mo-ją nie ukrywaną obojętność, wykładają na stół wszystko, co ich zdaniem potrzebnejest do prowadzenia wojny: dwie szczotki, sztućce, szpulkę szarych nici, środek doczyszczenia skóry, pewną określoną ilość guzików, z których każdy ma wytłoczonyznak szwajcarskiego krzyża, menażkę, manierkę, której korek nie powinien cuchnąć, sznurowadła, szczotkę do butów w futerale, stalowy hełm, tak zwany halsztuk,bagnet w pochwie, ponadto trzy igły, którym zaginiony Stiller pozwolił również w spo-sób nieodpowiedzialny zardzewieć.Krótko mówiąc, założyli cały stół.Przyglądam siętemu bez zdziwienia, nie wyjmując jednak rąk z kieszeni spodni. Nie potrzebuję pana chyba pouczać mówi młody podporucznik. Sam panwie, że musi pan osobiście odpowiadać za szkody. Ja? mówię śmiejąc się. Dlaczego? A któż inny?Nie dochodzę do słowa.Muszę również włożyć na siebie bluzę ich zaginionego.Po prostu nie dochodzę do słowa.W tym tkwi już część ich władzy, której ku memuwłasnemu zdumieniu ulegam, choć ociągając się.Ani im w głowie potrzymać mi kurt-kę do włożenia, a kiedy nie mogę znalezć haftki przy kołnierzyku, słyszę tylko: No,jazda, jazda! Puszczają również mimo uszu moją uwagę, że w takim mundurzeczłowiek czuje się wyczerpany, jeszcze zanim ujrzy wroga.Muszę się obracać jak ma-nekin. Schudł pan mówi podporucznik, który mnie widzi po raz pierwszy w życiu. Wszystko na panu wisi.Tymczasem jeden ze zbrojmistrzów podszedł do stojaka, zerwał z niego innąbluzę i rzucając mi ją mówi: Może pan tę przymierzy? Po co? pytam i znowu nie otrzymuję odpowiedzi, tylko bluzę innych roz-miarów, wysłuchuję przy tym prelekcji młodego oficera: że do czterdziestego ósmegoroku życia należę do szwajcarskiej rezerwy, że mogę być powołany pod broń do sześć-dziesiątego roku życia.Wolno mi, oczywiście, wyjechać za granicę, mam jednak obo-wiązek za każdym razem prosić państwo o urlop i odmeldować się w dowództwie me-go okręgu (nie ma człowieka, który by nie należał do jakiegoś okręgu), wszystko zgod-nie z przepisami zawartymi w książeczce służby.Poucza mnie ponadto, że rynsztunekwojskowy, który, jak wiadomo, powierzony jest każdemu obywatelowi szwajcarskie-mu, w razie takiego urlopu nie może być porzucony na strychu, lecz winien być zwró-cony, żeby personel zatrudniony w magazynie chronił go przed molami.Powinienempoza tym natychmiast po przybyciu zameldować się w najbliższej ambasadzie szwaj-carskiej, żeby nie uchylać się od płacenia podatku wojskowego, oraz odmeldować siętamże itd. Panie poruczniku powiadam mam całkowity szacunek dla regulaminuszwajcarskiego, co się jednak tyczy mojej osoby.Nie dochodzę do słowa.Mają w swoich trzech głowach jeden jedyny cel: Stillerma być w pełnym rynsztunku bojowym.Muszę przymierzyć również buty, nawiasemmówiąc pierwszorzędny wyrób.Nie tylko przymierzyć! Oficerek powiada: Musi się pan w nich czuć dobrze! Nie ma rady.Potem, na zakończenie, wpadają jeszcze w furię.Mam mianowicie potwierdzićna piśmie odbiór karabinu i butów.Rozumiem, że porządek musi być.Poprosiłemwięc młodego podporucznika, który wyraznie tęsknił za jakimś wyrazniejszym zaję-ciem, o wieczne pióro i napisałem na formularzu: White, James Larkins, New Mexico,USA. White! Jak to White? Zwróciłem wieczne pióro. My name is White.Spojrzeli na siebie z wyrzutem. Nie jest pan strzelcem Stillerem? zapytał młody podporucznik, nie wypusz-czając z rąk podpisanego przeze mnie formularza.Spoglądał przy tym na obu zbroj-mistrzów, kręcąc głową.Ale cóż oni byli winni? Przysłano im tego człowieka i koniec.Kto przysłał? Dlaczego? Starałem się załagodzić sprawę, wyjaśnić. Istnieje podejrzenie powiedziałem że jestem owym zaginionym osobni-kiem, ale podejrzenie to.Rzecz zrozumiała, że na podstawie samego podejrzenia nie mogli mi wydaćrynsztunku.Podporucznik wyjaśnił im to.Tymczasem musiałem ściągnąć z nóg buty,z którymi już się oswoiłem. Tam do licha! gderali zbrojmistrze. Dlaczego nie powiedział nam pan te-go od razu!W obliczu ich gniewu, który na szczęście wyładowali na hełmie i menażce, zre-zygnowałem z dalszego usprawiedliwiania się.Właściwie znowu nie dali mi dojść dosłowa.Wściekłość ich była zrozumiała; teraz bowiem nie wolno mi było niczego doty-kać, ani karabinu, ani butów, które mi się bardzo spodobały, musieli sami spakować zpowrotem cały tornister.Powiedziałem tylko: Sorry! Młodemu podporucznikowibyło bardzo przykro; gawędził ze mną jeszcze chwilę.Ameryka żywo go interesowała.Jeszcze raz prosił o wybaczenie; bardzo mu było nieprzyjemnie, że coś podobnegomusiało się przydarzyć w Szwajcarii właśnie Amerykaninowi, zasalutował mi z sza-cunkiem.Powstrzymując się od pomachania ręką, przyłożyłem również dłoń do bere-tu.Dwaj ludzie z obsługi karetki więziennej, których uwagi nie uszła uprzejmość mło-dego podporucznika, przyjęli mnie również wyjątkowo uprzejmie, jak gdyby mieli wi-doki na napiwek.Podczas gdy jeden podawał mi ogień, drugi przytrzymywał otwartedrzwi szarej karetki z zakratowanym okienkiem.Brakowało tylko, żeby mnie zapytali,dokąd mnie mają zawiezć.Podobno Wilfriedowi Stillerowi, bratu zaginionego, było bardzo przykro, że nieodpowiedziałem na jego braterski list.Zrobię to w wolnej chwili.Dziś, w niedzielę,odwiedził mnie Knobel po cywilnemu, w białej koszuli z krawatem.Chciałby dowie-dzieć się czegoś o moim czwartym morderstwie.Wcale nie mam ochoty opowiadać.Ale nie mogę się wykręcić. Było to w Teksasie mówię kiedy pracowałem jeszcze jako cowboy. Był pan także cowboyem? Dlaczegóż by nie? Tam do licha!Opowiadam mu więc, jak pewnego letniego ranka w prerii, mając nieco dosyćkowbojskiego powszedniego żywota, zapuściłem się konno dalej niż zazwyczaj, dalej,niż należało.Jechałem, że tak powiem, zatopiony w myślach (sprawa, jakiego rodzajubyły te myśli, nie interesuje mego słuchacza) i bez określonego celu.Zacząłem nawetkłusować.Po upływie jakichś pięciu godzin, podczas których prawie się nie ogląda-łem, dotarłem do czerwonych skał, które od wielu tygodni widziałem na horyzoncierówniny.Zeskoczyłem z mego karego konia, przywiązałem go do dębczaka i wdrapa-łem się kawałek na górę, kuszony coraz rozleglejszym widokiem nieskończonej rów-niny, rozpościerającej się teraz za mną, zielonkawym i srebrzyście szarym oceanemlądu
[ Pobierz całość w formacie PDF ]