[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.W chwili, gdy światło jej latarki padło na jego postać, zobaczyła, jak coścofa się w mrok.Zamarła, zupełnie zapominając o kołyszących się schodach.- Wchodz powoli - nakazał Sal.Była pewna, że to nie złudzenie.Miała wrażenie, że fragment wszechobecnej w tym domu ciemności, kawałek czernioderwał się od reszty i cofnął w głąb budynku.Kiedy weszła na górę, oświetliła latarką kuchnię, zajrzała do wszystkich pomieszczeń iwyszła na środek rotundy, żeby zbadać górne piętro domu.- Co się dzieje? - spytał Sal.Wszędzie czaiły się cienie.- Nic takiego - odparła.Czuł, że coś się stało, ale wolał o nic więcej nie pytać.Powędrował wzrokiem za jejoczami.- Chyba niczego nie znalazłaś?- Widziałeś kiedyś takie coś? - Pokazała mu but.Oświetlił go latarką.- Pewnie.To specjalny but o przyczepnej podeszwie.- Co?- Przyczepny but.- Wyjął go z rąk Kim i przytknął do ściany.But na moment przywarł domuru i dopiero po chwili od niego odpadł.- Ten jest trochę zniszczony.Zwykle używa siętakich na statkach kosmicznych w stanie nieważkości.- Na statkach.- Przymierzyła go do własnej stopy.Był za mały.Nie mogła go nosićEmily.- O czym myślisz, Kim?- Zastanawiam się, do kogo należał?Wiatr przycichł trochę.Chmury nieco się rozproszyły.Nad taflą jeziora jeden zksiężyców przebił się przez ich zasłonę.Wrócili po własnych śladach w dół wzgórza na skraj lasu.Znalezli odcinek, którymwcześniej przeszli już dwa razy i skręcili w ścieżkę oddalającą się od rzeki.Zlady ich butówbyły głębokie i wyrazne.Szli ostrożnie, ale szybko, poganiani świadomością, że w samolociejest ciepło i sucho.Nagle szlak odcisków butów się urwał.Po środku ścieżki w jednym miejscu je widzieli, apotem, w połowie między jednym krokiem, a drugim, ślady znikały.- To na pewno wina wiatru - stwierdził Sal.Tu gdzie stali, były bardzo wyrazne: jego duże, jej małe.Metr dalej po prostu ginęły.Oboje włączyli latarki.Niewiarygodne.Wyglądało to tak, jakby pojawili się znikąd.Zmaterializowali się nagle pośrodku ścieżki, Sal stawiając najpierw lewą stopę, Kim prawą, aza nimi została nietknięta warstwa śniegu.Kim obejrzała się za siebie, oświetlając latarką drzewa i ścieżkę.Wszystko trwało wbezruchu.- Tak - odparła - to musiał być wiatr.Pospiesznie ruszyli przed siebie, spodziewając się za chwilę ponownie zobaczyć swojeślady.Kręgi świateł latarek kołysały się przed nimi.Nie odzywali się.Sal, podobnie jak Kim,zaczął co chwila oglądać się za siebie.- Pamiętam ten dąb - stwierdziła Kim.- Przechodziliśmy tuż obok niego.Jestem tegopewna.- Wokół drzewa leżała głęboka i gładka warstwa śniegu.Doszli do rozwidlenia ścieżki i przystanęli niepewni, co dalej robić.- Którędy? - spytała Kim.- Jezioro mamy po lewej - wyszeptał Sal.- Lepiej trzymajmy się w jego pobliżu.- Jegoniepokój zupełnie przeraził Kim.Zgubili się.W takich warunkach nie dało się tego uniknąć.Po drodze Kim zaczepiłakurtką o krzak dzikiej róży, rozdzierając materiał.W końcu dotarli na polanę z walącą się szopą.Na śniegu znowu pojawiły się ślady.Kimpowinna się ucieszyć na ich widok, ale odciski butów pojawiały się pośrodku polany znikąd.Za nimi nie było nic prócz gładkiej powierzchni śniegu, tak jakby Kim i Sal sprzed godzinypo prostu znikli z tego świata.Ten widok zmroził ją do szpiku kości.- Nie zatrzymuj się - powiedział Sal.Ta część umysłu, która zwykle nie poddaje się strachowi i chłodno ocenia emocjonalnesytuacje, podpowiadała teraz Kim, że znalezli się w wirtualnym scenariuszu, bo to, czegodoświadczali nie mogło się zdarzyć w rzeczywistości.Chyba że Sheyel się nie mylił.Wyszli z lasu.Przed sobą mieli jezioro i samolot.Kim zdusiła w sobie chęć ruszeniapędem w tamtą stronę.Szybko szli plażą.Ich pośpiech wydawał się komiczny.Za plecami zostawili ciemną i milczącą ścianę lasu.W oddali, na wschodzie, na tle niebaporuszały się strumienie świateł.Pociąg z Wyspy Terminal zbliżał się do Eagle Point.Salwcisnął guzik zdalnego pilota i włączył światła samolotu.Luk otworzył się i ze środkaopuściła się drabinka.Daleko od nich, na powierzchni jeziora coś błysnęło.Odbicie.Latarnia.Coś.Kim dokładnie się upewniła czy tylne siedzenie jest puste, zanim wdrapała się do środka.Sal wszedł za nią i zamknął kabinę.W normalnych okolicznościach myślałaby przedewszystkim o zrzuceniu mokrych butów i skarpet.Ale tym razem siedziała bez ruchu, patrzącjak Sal wsuwa kartę do czytnika i wybiera komendę GO.- Salomonie - odezwała się pokładowa SI.- Proszę o określenie portu docelowego.- Po prostu ruszaj - nakazał Sal.- W górę.5Ludzi, którzy wspinają się na najwyższe szczeble organizacji i żyją tylko dlawładzy, bez wątpienia dręczy słabe ego, a potrzeba bezustannego udowadnianiaswojej wartości spędza im sen z powiek.Waśnie dlatego tak łatwo ulegają strachowi imanipulacjom.I dlatego są tak niebezpieczni.Sheyel Tolliver, Notatki, 482- Naprawdę nie wytrąciło cię to z równowagi?Sal zamknął oczy i ze smutkiem pokręcił głową, tak jakby przyszło mu stawić czołabezgranicznej nieświadomości.- Nie, naprawdę nie wytrąciło mnie to z równowagi.Trząsłem się z zimna.Siedzieli w hotelowej restauracji Top, nad kawą, sałatką i świeżymi owocami.Wporannym słońcu wierzchołki gór wydawały się ostre i wyrazne.Niebo już zapełniło sięturystami.Pociąg właśnie okrążył Białą Górę i sunął ponad wierzchołkami drzew.- Rozumiem - stwierdziła.- Ja też.Teraz, w świetle dnia, nie mogła uwierzyć, że poprzedniej nocy tak bardzo się bała.Dowiedziała się o sobie czegoś, o czym nie wiedziała i nie chciała wiedzieć: była tchórzem.- Ale te ślady rzeczywiście wyglądały dziwnie - przyznał.- Właśnie.Zmarszczył czoło i machnął ręką, tak jakby chciał o tym zapomnieć.- Gdzie powiesisz reprodukcję Kane'a?- Nie wiem.Jest trochę ponura jak na mój gust.- To dlaczego nie kupiłaś jakiejś innej?- Wiem, że powinnam - zgodziła się.Prawie godzinę jedli śniadanie, podziwiając góry i wąwozy widoczne z okna.Kim czułaulgę, że uwolniła się od zobowiązania wobec Sheyela.Z czystym sumieniem mogła mupowiedzieć, że sprawdzili las i nic się nie stało.Absolutnie nic.Przypuszczała, że gorozczaruje.Ale może potrzebował mocnej dawki rzeczywistości.Sal właśnie opowiadał jej, że nigdy dotąd nie jezdził na nartach.Spytał, jak ona radziłasobie z parą desek.Odparła, że wcale.Zdziwiła się, kiedy zaproponował, aby kiedyś razem tuwrócili i zafundowali sobie lekcje.- Na stokach działa szkółka narciarska - dodał.Kim uważała, że jest już za stara na naukę, ale
[ Pobierz całość w formacie PDF ]