[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Ani za chłopami nie patrzyłam, jednego tylkomiałam męża.Ani wódki nie piłam, nigdzie nie chodziłam, zbiegowiska nierobiłam.Przecież to była normalna rodzina.Przecież ludzie to potwierdzą.Pracę miałam odpowiedzialną, szef na mnie nigdy nie powiedział złegosłowa.Jakby ona wierzyła w tego Boga co ja, toby takich rzeczy nie robiła.Pani zabierze ten sękacz.Nie, ja go nie będę jadła, bo ja już dzisiaj zjadłamgołąbki.Nie ma pani żadnej kamery? Nie będzie tego w telewizji? Napewno? A czy ja mogę pani wierzyć? Nikomu nie mogę wierzyć.Tylkoproszę, niech pani nie pokazuje twarzy.To ja podam może te gołąbki.Jejteż mogę dać.Niech ją pani zawoła.Razem przyjechałyście? Gdzie onajest? Nie powie mi pani? To niech pani chociaż zje.Pani Karolina siedzi w granatowym fotelu, prawie nieruchoma.Kolanarozstawione.Siwe włosy stopniowo wypadają z koka, postarzają ją.Mówiwolno, cicho, głos się trochę łamie, od czasu do czasu po policzku spłynie łza, ale twarz pozostaje niewzruszona.Stąd może jej cera jest taka gładka,mimo że zszarzała od upływu lat, ale niepomarszczona, taka raczej jaku Reginy niż u Halszki, u której każde uczucie zaraz ląduje na zewnątrzi zostawia znaczek.Róże leżą rzucone niedbale w rogu wersalki.Obok nich sękaczz kokardą wywrócony do góry nogami.A z kuchni dochodzi błogi zapachdomowych pieczonych gołąbków. Pamięta pani ten krzaczek, który mi pani podarowała pół roku temu nadziałce? Przyjął się bardzo ładnie  mówię. A, ten.Zawsze się przyjmuje. Proszę wziąć ten sękacz.Chciałam tak podziękować. Ale ja nie jem sękaczy. To ja nie zjem gołąbków.Spogląda na mnie trochę zdziwiona, a trochę rozbawiona, jak nadziecko. Ale to dobre gołąbki. Jak pani zje sękacza, to ja zjem gołąbka.Umowa stoi?Przypatruje mi się podejrzliwie, pachnie jej to podstępem: Ale już nie rozmawiamy o tamtym. Nie rozmawiamy.Idziemy do kuchni, przygotowujemy razem herbatę.Wspólnierozstawiamy talerzyki.Pani Karolina siada na wersalce obok mnie przyławie.Ona rozkłada gołąbki, ja kroję ciasto.Nalewam herbaty dokubeczków.Azy już otarte. To bardzo dobre ciasto, z cukierni mojego znajomego. Po co pani wydaje pieniądze na starą babę? Pycha gołąbki. Uwaga, bo gorące.A pani robi gołąbki? Nie umiem.Da mi pani przepis? No to tak.Wczoraj kupiłam mięsa z indyka i wieprzowe, dwie paczkiryżu i kaszę. Jaką kaszę? Jęczmienną, tę drobną.Oczywiście przyprawy: jarzynka, pieprz,czosnek.Na dnie garnka roztapiam trochę margaryny, polewam kostką rosołową, rozpuszczoną w garnuszku wody.Potem nakrywam wszystkoliśćmi kapusty i najlepiej do piekarnika, wtedy wiadomo, że się nie przypali.Ale kapusta najpierw się musi ugotować.Cytrynki może podam doherbaty? Nie, dziękuję.A jak ten sękacz? Słodki strasznie.A on długo ważny jest? No, trochę może postać.Nadziewa na widelczyk kawałek żółtego ciasta, przygląda się munieufnie.Wsunie drugi kawałek do ust czy nie wsunie? To co, będzie pani brała te gołąbki dla Halszki? Nie wezmie pani? Tow końcu ona nie przyjechała z panią? Niech pani mnie nie cygani.Jest tutajczy nie? No& nie wiem, co powiedzieć.Jutro może być. A nie, tak to nie.Skoro jest, to niech jutro sama przyjdzie na gołąbka.To pani dzwoniła przez telefon? Ale kiedy? A z miesiąc temu.Dzwoni telefon: dzień dobry, tu telewizja taka i taka,nazwa programu i pytają, czy ja jestem matką Halszki Opfer. Nie, to nie ja.Ja nie pracuję dla telewizji. Tak mnie zaskoczyli.Zaczęłam się jąkać, że nie, że ja nie chcę jej znać.A oni: czy ja wiedziałam o wszystkim.Czy co wiedziałam? Co miałamwiedzieć? Więc rzuciłam słuchawką. A co by pani zrobiła, gdyby pani wiedziała? Gdybym co wiedziała? No, załóżmy, że pani mąż by żył i Halszka wywlekłaby to wszystko zajego życia.I by się okazało, że rzeczywiście tak było, jak ona mówi. Nie wiem, nie wiem, naprawdę.Z domu bym go przecież nie wyrzuciła. Nie wyrzuciłaby pani? No nie wyrzuciłabym.Bo gdzie on by poszedł?Drugi kawałek ciasta wędruje jednak do ust.Proponuję wstawić kwiaty do wazonu, ale na tę sugestię pani Karolinarobi się nagle ociężała, senna, sprawia wrażenie bardziej chorej, starszej.Wszystko, tylko nie wstawianie jakichś róż do wazonu.To szukanie, topodcinanie, nalewanie, układanie, stawianie, Jezu.No tak, to zupełnie co innego niż mielenie, podsmażanie, gotowanie, zawijanie, pieczenie,zmywanie.Zabieram się zatem do roboty sama, wynajduję odpowiedni dzbanek,a gospodyni udziela mi osłabionym głosem instrukcji z wersalki. Ja to już nawet nie mam sił na działce pracować  mówi nausprawiedliwienie. Jak przychodzę do domu, to cała jestem mokra.Odgłowy się zaczyna, po plecach idzie i zaraz przeziębienie.Albo i grypa.Zaszczepiłam się.Piję alveo, tylko że to drogie.A ja muszę żyć skromnie.Wszystko zapisuję w zeszycie.Jeden zeszyt już zapisałam, teraz mamdrugi.Notuję każdy wydatek: raty, czynsze, zakupy.Dzisiaj wydałamdwadzieścia trzy złote.Nie, przepraszam dwadzieścia sześć, bo jeszczejajka.Dużo, prawda? Ale już jutro i pojutrze nie pójdę do sklepu.Rozliczamsię co dziesięć dni.Kiedyś na wszystko było człowieka stać.Dwoje nasbyło, to i dwie emerytury.Jeszcze nie odkręcałam po lecie kaloryferów.Naszczęście mieszkanie jest bardzo słoneczne.I jakoś się żyje.%7łeby tylkospokój był w rodzinie.A ta Halszka tak namieszała, że trudno żyć.Niechmi pani wytłumaczy, po co ona chodzi do tej telewizji. Może dają jej tam to, czego ona nie może się doprosić od pani. Niby co takiego? Chcą jej słuchać. A ja mało się jej nasłuchałam? Dobre sobie! Cały czas jej słucham. Ale nie chce pani uznać jej krzywdy [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl