[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Obiecałeś konia! I cóż ja teraz pocznę? Obiecałem, doprawdy to nie moja wina. A czyja? krzyknął eksplorer. Sądziłem, że to twójkoń.Karczmarz bezradnie rozłożył ręce. To nie był mój koń.Po prostu.chciałem się przysłużyć.Taki jeden miał tu wierzchowca na zbyciu i prosił, żeby muznalezć kupca.Frank nie mówił?Carr nie chciał powiedzieć ani tak", ani nie".Udałobrażonego i wyszedł na dwór.Wszystko wypadło właśnie tak, jak sobie zaplanował.Terazkarczmarz sam będzie go szukał, żeby przeprosić, w nadziei, żeznajdzie innego wierzchowca.Nadchodziła noc.W miarę jak niebo czerniało, corazjaskrawiej błyszczały okna saloonu.A w kierunku tyci okienciągnęły ludzkie ćmy.Carr czekał.Nie pragnął się z nimi spotkać.Wiedział dobrze, że go obskoczą, zaciągną do wnętrza żądającnowych opowieści, a on musi przecież zająć się gospodarzem.Jeśli chce otrzymać konia.Zdecydował, że na salę wkroczy dopiero wówczas, gdy gościetak już się rozbawią, że nie będą w stanie zauważyć nowegoprzybysza.Strumyczek wchodzących do saloonu cieniał coraz! bardziej, wmiarę jak ciemność spływała na ziemię, wreszcie urwał się.Pokilku dalszych minutach zjawiło się jeszcze trzech spóznionychwędrowców, pózniej dwóch, na koniec jeden.Carr rozejrzał się,hie zauważył nikogo.Cisza nakryła jak szklanym kloszem osiedlebez nazwy, a tę ciszę przerywał tylko zew dalekiej prerii stłumiony odległością głos kujota.Ten głos obudził w nimtęsknotę za bezkresnymi przestrzeniami łąk, dolin, gór.Gdzie niedociera wrzask pijanych gości saloonów ani świst parowozu. Muszę pomóc Websterowi, bo muszę mieć konia powiedział sobie i przekroczył próg saloonu.Zagłębił się w gwar,śmiechy, nawoływania.Nacisnął kapelusz na czoło i zerkając wprawo i lewo, przesuwał się ku szynkwasowi.Oparł się wreszcie owilgotną blachę.Po drugiej stronie sterczał Gardner, a Frank uwi-jał się obok, podsuwając szklanki, podając butelki, nalewająckolorowe płyny. Whisky? zagadnął gospodarz.Skinął głową, nie mógł przecież zajmować miejsca tylko dlaobserwacji zastawionych półek.Natychmiast jednak pożałowałswego zamówienia.Raczej należało zażądać piwa.Porcja jestwiększa i można ją pić długo.Ale już ujrzał przed sobą szklankęwypełnioną w jednej czwartej żółtawą cieczą.Poprosił o wodę, cowywołało błysk zdziwienia w oczach karczmarza.Carr dopełniłszklankę po brzegi.Obliczył, że pijąc oszczędnie, będzie mógłprzez godzinę nie spuszczać z oka gospodarza.Jednakże samaobserwacja nie wystarczy.Nie przeszkodzi przecież Gardnerowiw odejściu od bufetu.Należało z gospodarzem nawiązaćrozmowę, zagadać go, aby zapomniał o bożym świecie, chociażna godzinkę, dwie.Temat do rozpoczęcia rozmowy.-.Jest!Znakomita okazja. I co z moim koniem? zapytał pochylając się nadszynkwasem. Wyszedłeś wtedy tak szybko, że nie zdążyłem zawiadomić. Więc koń jest? No.trzeba będzie nieco poczekać.Z tamtym jakoś niewyszło.Ale w ostateczności sprzedam własnego. Kiedy? W ciągu trzech dni. A przez te trzy.dni mam tu jeść, spać i za to wszystkopłacić.Niezły z ciebie kupiec. Będziesz miał konia, jak się patrzy zapewniłgospodarz. Przecież to dla ciebie najważniejsze, a zapobyt tanio policzę.Carr podniósł szklankę do ust i pociągnął z niej skromnyłyczek. Dobrze odparł ale pamiętaj, żeby ci się nieprzytrafiło to, co spotkało Boba Leitha z Ravine City, gdyhandlował końmi, których nie posiadał! To nie ma ze mną nic wspólnego burknął Gard-ner. Nie znam żadnego Leitha i nigdy nie byłem w Ravine. Pewnie, że nie byłeś zgodził się Carr. Gdybyśbył, to byś wiedział.Historia stała się głośna w całymTeksasie. Cóż spotkało tego Leitha? zaciekawił się Gardner. Ravine City? wtrącił się nieoczekiwanie przygodnysąsiad pijący piwo na prawo od Carra. Gdzież to leży?Znam Teksas jak własną kieszeń, a o czymś takim nigdy niesłyszałem. Tak się tylko mówi Carr przymrużył oczy.Ciekaw jestem, czy wiesz, co się teraz znajduje w twojejkieszeni?Sąsiad roześmiał się gromko. A w której ? W lewej, w spodniach. Nic, poza podszewką. Na pewno? Na pewno.Możesz sprawdzić. A jeśli cokolwiek znajdę? To będzie twoje.%7łebyś tylko za bardzo się niewzbogacił! Zwietnie! Mogę włożyć rękę do twojej kieszeni? Proszę.Carr zanurzył dłoń, szybko ją wydobył i cisnął na blatkontuaru pięciodolarówkę.Przygodni widzowie parsknęliśmiechem. Oto stwierdził poważnie Carr dlaczego nienależy nigdy mówić, że się coś zna jak własną kieszeń. A niech cię! wykrzyknął sąsiad. Musiałemzapomnieć.Ano, wygrałeś!Carr podsunął monetę ku Gardnerowi. Dwa piwa dla nas. Skąd mogłeś wiedzieć? Ja nie wiedziałem, ja tylko przypuszczałem, że jak sięsterczy przy bufecie i płaci, to wydaną resztę najczęściejchowa się do kieszeni spodni.No, i nie omyliłem się.Maszdo mnie żal? zwrócił się do sąsiada
[ Pobierz całość w formacie PDF ]