[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Następnie patrząc na strażnika pieczęci: Wytłumaczysz pan to lepiej niż ja ichmościom; zechciej touczynić przed odczytaniem uchwały."Strażnik pieczęci zabrał głos i omówił to, co Jego KrólewskaWysokość powiedział krócej; wyjaśnił, czym był zwyczaj skła-dania przez parlament odwołań do Korony, skąd pochodził, jakiedawał korzyści, jakie złe strony, jakie jego granice, jak go nad-używano, jaką łaską było przyjmowanie ich; określił różnicę.jaka zachodzi między władzą królewską a autorytetem parla-mentu, który jest jakby emanacją królewskiego, niekompetencjętrybunałów w sprawach państwa i finansów oraz koniecznośćograniczenia ich przez rodzaj kodyfikacji (takim określeniem sięposłużył), która w przyszłości określi autorytatywnie treść i formętych odwołań.Wytłumaczywszy to bez zbytnich słów, ściślei zręcznie, począł odczytywać treść uchwały, jaka została wy-drukowana i znajdowała się w rękach wszystkich, z wyjątkiemparu mało ważnych punktów, tak mało ważnych, że ich jakośćsprawiła, że uszły mojej uwagi.Po skończeniu lektury regent, wbrew swemu zwyczajowi,ujawnił swą opinię chwaląc ten akt, następnie, przybierając toni postawę regenta, czego nikt jeszcze u niego nie widział i cobyło ukoronowaniem zaskoczenia obecnych, dodał: Na dziś zerwęz normalnym przepisem odnoszącym się do zbierania głosów 257i wydaje mi się, że dobrze będzie, jeżeli zastosuję to do całejdzisiejszej narady." Pózniej, przebiegłszy lekko wzrokiem wszy-stkie twarze po obu stronach stołu w tym czasie dałoby sięsłyszeć brzęczenie muchy zwrócił się do księcia de Bourboni poprosił o wyrażenie opinii.Ten głosował za uchwałą przyta-czając parę argumentów zwięzłych, lecz mocnych.Książę Contimówił w tym samym duchu.Następnie ja zabrałem głos, gdyżstrażnik pieczęci wotował natychmiast po zakończeniu czytania.Byłem również tego samego zdania, lecz mówiłem bardziej ogól-nikowo, choć równie mocno, nie chcąc niepotrzebnie atakowaćparlamentu i uzurpować sobie prawa popierania Jego KrólewskiejWysokości, tak jak książęta krwi.Książę de la Force mówiłobszerniej.Wszyscy zabierali głos, lecz większość bardzo krótko,niektórzy zaś, tacy jak marszałkowie de Villeroy, Villars,d'Estres, Bezons, biskup Troyes [Chavigny] i d'Effiat pozwolilisię domyślać, że nie śmią sprzeciwiać się temu, co już zostałopostanowione, kiedy jasnym jest, iż nie można mieć nadziei naobalenie uchwały.Znać było na ich twarzach przygnębienie i ktochciał, mógł widzieć, że pognębienie parlamentu nie było ani tym,czego pragnęli, ani czego się nawet mogli spodziewać.Tallardbył jednym spośród nich, który nic nie dał po sobie poznać, leczzdyszane monosylaby marszałka d'Huxelles wydały go, choć sięmaskował.Książę de Noailles z takim trudem panował nad sobą,że mówił więcej, niż to było w jego zamiarach, i ze strapieniemgodnym Fresne40.Książę Orleański wotował ostatni, lecz z nie-zwykłą siłą, pózniej znów zrobił przerwę obwiódłszy wzrokiemcałe zgromadzenie.W tej chwili marszałek de Villeroy, pochłonięty swymi my-ślami, szepnął do siebie przez zęby: Ale czy przyjdą?" Zostałoto podchwycone.Książę Orleański powiedział, że zapewnili o tymDesgranges'a, i dodał, że wcale o tym nie wątpi, a zaraz potem,że trzeba, by powiadomiono go, kiedy już wyruszą.Strażnikpieczęci zapewnił, że zostanie o tym powiadomiony.KsiążęOrleański powtórzył, że trzeba jednak przypomnieć o tym lu-dziom stojącym przy drzwiach, i oto już zerwał się biskup Troyes.Chwycił mnie nagły strach, by nie poszedł plotkować przydrzwiach, i popędziłem jeszcze przed nim.Kiedy wracałem,d'Antin, który obrócił się, by złapać mnie w przejściu, poprosił,bym mu powiedział, co to ma znaczyć.Wywinąłem mu się mó- 258wiać, że nie wiem o niczym: Dobra odrzekł mów toWaszmość innym!" Kiedy usiadłem na miejscu, książę Orleańskiznów coś powiedział, już nie pamiętam co: i znów leci biskupTroyes, a ja za nim, jak poprzednio.Wracając powiedziałemla Vrillire'owi, by przejmował wszystkie polecenia, i sam szedłdo drzwi, bojąc się gadania biskupa Troyes lub kogoś innego,gdyż siedziałem tak daleko od wyjścia, że spacery moje zbytwielką zwracały uwagę.W rzeczy samej było to ważne i la Vril-lire od tej chwili mnie zastąpił.Kiedy wracałem na miejsce,znów czatujący d'Antin mnie przychwycił i ze złożonymi rękamipoczął zaklinać w Imię Boże; trzymałem się mocno i powiedzia-łem: Zobaczysz pan sam." Po mym powrocie na miejsce książęde Guiche również nalegał na mnie bezskutecznie i powiedziałmi znów, że widać to dobrze, iż w tym siedzę: pozostałem głuchy
[ Pobierz całość w formacie PDF ]