[ Pobierz całość w formacie PDF ]
. Jestem trochę zdenerwowany, może nie powinienemwyjeżdżać tak daleko" - wyznał Scott Feinstadt.Jeśli dobrze pamięta, rzeczywiście był zdenerwowany.Chciał porozmawiać.Chciał porozmawiać o sobie.Do tejpory Louise zawsze go wysłuchiwała.A teraz? To nie jest odpowiednia pora.Może zadzwonisz do mnie,kiedy przyjedziesz na święta? Teraz jestem zajęta" -powtórzyła Louise.Scott Feinstadt westchnął głęboko.Usłyszała towestchnienie.  W porządku - powiedział.- No cóż, chyba będę musiałodłożyć to na pózniej".Tylko że nie było już żadnego  pózniej", tylko że, jakzawsze w jej życiu, było tylko  teraz".Zmarnowała je, owo teraz", teraz mogłaby być z nim.Louise nigdy niedowiedziała się, co Scott Feinstadt chciał jej powiedzieć.Może chciał, aby go skłoniła do rezygnacji z wyjazdu? Amoże przeciwnie, aby go utwierdziła w tym zamiarze? Rzeczjasna, zwierzyła się z tej rozmowy Missy, gdyż wtedy, pośmierci Scotta, straszliwie przygnębiał ją fakt, że z nim niepogadała.Tak ją to dręczyło, że pózniej starała się za wszelkącenę o tym zapomnieć.Kiedy Louise opowiedziała o tym Missy, ta odparła: Może on przeczuwał, wiedział, że umrze".Missy pognębiła ją ostatecznie.Nikt nigdy już jej tak nie pognębił.- Chrzanię to - powiedziała Louise teraz, w tej chwili, whotelu  Carlyle", gdyż tylko to  teraz" się liczyło.- Daj mijego telefon, to powiem mu to sama.Albo jeszcze lepiej dajmi adres Ricky'ego, pojadę tam i powiem mu to osobiście.-Wyrwała notes z ręki Missy.- Powiem, że zmartwychwstał.Cholera, powiem mu to.Skoro uważasz, że go zawiodłam, topowiem mu też o tobie.Na pewno będzie zachwycony, kiedysię dowie, że był na spóznionej randce, na którą kiedyś, przedlaty się z tobą umówił.- Nie rób tego! - zawołała Missy.- Tylko siępopisywałam.Wcale tak nie myślałam.To nie w porządku.Nie powinnam była tego mówić.- A ja nie powinnam cię słuchać - powiedziała Louise.- Mówię poważnie.To okropny pomysł.Rozumiesz.Nie możesz powiedzieć komuś, że jest martwy.Przyprawisz go o szok.Poczekajmy, ułożymy wspólnie jakiśplan, obie. - Obie?- Co dwie głowy, to nie jedna, prawda? Mam większedoświadczenie w takich sprawach.Coś wykombinujemy,zaprosimy go na lunch do jakiejś sympatycznej knajpki, trochęgo dopieścimy.Może ona ma rację? - pomyślała Louise.Może we dwiebędzie łatwiej? Razem, we dwie z Missy, są przecież w staniezrobić wszystko.- Wybij to sobie z głowy - odpowiedziała.- To ja powiemF.Scottowi całą prawdę.- I z notesem Missy w ręce opuściłaapartament.- Nie rób tego! - krzyknęła Missy, otwierając za nią drzwii wychodząc na korytarz w staniku.- Wracaj!- Nic z tego - odparła Louise.- Mówię ci.Spieprzysz to, jak spieprzyłaś wszystko,czego się tknęłaś.Spieprzysz dokumentnie.Posłuchaj mnie,Louise, zadasz sobie ból i nic więcej.Louise mocno przycisnęła notes Missy do piersi.Zjechaławindą do holu, skinieniem dłoni odprawiła portiera, wyszła naMadison Avenue i sama zatrzymała taksówkę.- Róg Avenue D i Dziewiątej Ulicy - powiedziała dotaksówkarza.Była sama, skupiona i silna.Tym razem postąpitak, jak powinna.Nie będzie niczego unikać.Kiedy taksówka zajechała na miejsce, F.Scott stał przedczynszowym blokiem.Missy musiała go uprzedzić.Wyszedłna powitanie Louise.- Reszty nie trzeba - powiedziała Louise do kierowcy.Wyskoczyła z taksówki, zatrzaskując za sobą drzwi.Taksówka odjechała.F.Scott wyglądał na zaspanego.Miał na wpółprzymknięte oczy, pomięty podkoszulek.Ale był.- Obudziłam cię? - spytała Louise. - Missy mnie obudziła.Dziś wieczór gra kapelaRicky'ego, ale ja wcześnie padłem.Byłem zmęczony.- Przykro mi - powiedziała Louise.- Dlaczego? - zdziwił się F.Scott.- %7łe cię obudziłam.- To ona mnie obudziła, Louise, już ci mówiłem.Zerknąłw dół, na swoje stopy.Był boso.- Nie włożyłeś butów - stwierdziła Louise.- Wiem - przyznał F.Scott.- Wejdziemy?- Nie.Wolę tutaj.Louise rozejrzała się.Przy sąsiednim budynku był taras.- Może usiądziemy na tym tarasie? - spytała.- Nie.Jeśli chcesz mi coś powiedzieć, możesz to zrobićtu, na chodniku.Co chciała mu powiedzieć? Co chciała powiedzieć temuzaspanemu dzieciakowi?- Missy mówiła, że masz mi powiedzieć coś ważnego,Louise.Mów śmiało.Miejmy to z głowy.- Wydawał się jakbyroztrzęsiony, zły albo przestraszony.- A jak myślisz, co mogłabym ci powiedzieć?- %7łe chcesz ze mną zerwać? - Odniosła wrażenie, że F.Scott za chwilę się rozpłacze.Niespokojnie przestępował znogi na nogę.- Oj!- Co się stało?- Nadepnąłem na szkło.- F.Scott uważnie obejrzał stopę.- Skaleczyłeś się? Krwawisz?- Nie.To drobiazg.- Mogę zerknąć?- Nie mogłabyś raczej przejść do rzeczy? - poprosił F.Scott, wciąż drżący, choć już uśmiechając się nieśmiało.-Wiesz, ten odprysk szkła w stopie pomoże mi znieść ból serca. - Jego uśmiech był niepewny.Usiłował udawać chojraka, alebez powodzenia.- W porządku - zgodziła się Louise.- Spróbuję przejść dorzeczy.Ale jak to zrobić? Jak może mu wytłumaczyć, że nierozumie samej siebie?- Louise - odezwał się F.Scott.Tracił cierpliwość.- No dobrze.Dowiedz się.Kiedy byłam młodądziewczyną, jeszcze w szkole, miałam chłopaka.Miałamchłopaka, do którego jesteś cholernie podobny.F.Scott wlepił w nią oczy.Potem spojrzał na swoją stopę.Uniósł ją.Zastygł w pozycji lotosu.- Wal dalej.Słucham.- Był do ciebie podobny, tak jak ty był artystą, chodziłamz nim, a potem, cóż, Missy z nim chodziła.Słysząc to, F.Scott podniósł wzrok.- Missy?- Tak jest, Missy.Obie z nim chodziłyśmy, a potem onumarł, zginął w wypadku samochodowym, przecież wiesz.-Głos Louise załamał się.- Och, Louise - odezwał się F.Scott.- To okropne.-Przysunął się, żeby ją pocieszyć, ale kiedy stanął na obustopach, syknął z bólu.- Może jednak obejrzę to skaleczenie? - poprosiła Louise.- Dobrze? %7łeby nie wdała się jakaś infekcja.- Nic mi nie będzie - zaprotestował F.Scott.- Jestemodporny.Zatrzymał ją wzrokiem.Louise wzięła głęboki oddech.Była silna.Niezłomna.Mocna.- Cóż, wyglądał jak ty, malował jak ty, nawet nazywał siętak jak ty.- Nazywał się tak jak ja? - przerwał F.Scott.- To znaczy,F.Scott? Bo  F." to skrót od. - Scott Feinstadt.Nazywał się Scott Feinstadt.- Tak bardzo był do mnie podobny? I nazywał się ScottFeinstadt? - upewniał się F.Scott.- Nazywał się Scott Feinstadt i wyglądał tak samo jak ty -potwierdziła Louise.- Nawet urodził się w tym samym dniu imiał twój głos.Za plecami F.Scotta znajdowały się pojemniki na śmieci.Cuchnęło z nich w ten upał.Szczur wielkości kotaprzeskakiwał z jednego do drugiego.Louise przestraszyła się,ale F.Scott nie zwrócił na to uwagi.- Urodził się w tym samym dniu? Co ty mówisz?- Mówię, że prawie w każdym szczególe jesteś taki samjak tamten, jak prawdziwy.- Mówiąc to, Louise czuła się jakwariatka.- Jak prawdziwy?- Prawdziwy Scott - potwierdziła.F.Scott rozejrzał się po ulicy.Przesunął dłonią porozczochranych włosach.Potem spojrzał na nią.- Jesteś nienormalna, wiesz?- No cóż, może.- Missy też uważa, że jestem tak podobny do tamtegogościa?- Tak.Prawdę powiedziawszy, ona uważa, że on to ty.Albo ty to on.Rozumiesz?- Nie ma na kuli ziemskiej nikogo, kto mógłby tozrozumieć - orzekł F.Scott.- No więc jak, jesteś nim? - spytała Louise.- Jesteśprawdziwym Scottem Feinstadtem?F.Scott popatrzył na nią uważnie [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl