[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Zamiast Gillian, odezwał się Burke.- Więc dlaczego odszedłeś, Ray?- Dobrze wiesz, dlaczego.Burke się roześmiał.- I zobacz, dokąd cię to zaprowadziło.- Skończyłeś? Moim zdaniem, tak.- Skończyłem.Przyjdziecie jutro na posterunek,podpiszecie zeznania. Ray złapał Gillian za rękę i odciągnął na bok.- Powoli, farmerze.Puścił ją.- Farmerze? Wzruszyła ramionami.- Tak wyglądasz.Iowa, Nebraska, świnki, krowy,owce.Spojrzał na nią zdumiony.- To przecież nic złego.Chyba nie wypierasz sięswoich korzeni?- Moje korzenie są na Long Island.Samamieszkasz w Nowym Jorku, więc wiesz, jak tamjest.Centra handlowe, korki uliczne, metro.Niema miejsca dla świń, a tym bardziej dla owiec.Chyba że mówimy o tych w ludzkiej skórze.Proszę, proszę, więc mamy migranta.Nicdziwnego, że poczuła coś ich łączy.- Więc co tutaj robisz? - zapytała kpiąco.- Panno Gray - odpowiedział z drwiącymszacunkiem.- Czy przypadkiem nie pochodzi paniz Nashville? Czyżby wypierała się pani korzeni?Uśmiechnął się.W jego oczach dostrzegła błyskrozbawienia.No dobra, masz mnie.Spróbujęinaczej; co cię tu sprowadza?- Okoliczności.Zbywał ją.- Myślałeś kiedyś o tym, by wrócić?- Wrócić? Wyjechać, tak.- Wiec co cię tu trzyma?W tym momencie wezwał go Carlson.- Przepraszam - mruknął Ray i odszedł.Nieco zbytochoczo, jej zdaniem.Dochodziła północ gdy policjanci pozwolilizebranym się rozejść.Gillian i Maddie czekałyobjęte w jednej z sal wystawowych.Pusta ściananaprzeciwko nich przypominała, że jeszczeniedawno wisiała tu praca Gillian.Krew na ścianiezaschła, przybierając bladobrązowy odcień.Mimojej propozycji, by zostawić wszystko tak jak jest,Will kazał zdjąć zdjęcie.W piątek, gdy wystawa zostanie otwarta dla publiczności, wszystko będzieposprzątane i czyściutkie, jak gdyby nigdy nic sięnie stało.Chip stał przed nagą ścianą, pogrążony w dyskusjiz Carlsonem i Rayem.Ray powiesił zakrwawionąmarynarkę na oparciu krzesła i stał w poplamionejkoszuli, z zakasanymi rękawami, które odsłaniałysilne ramiona.Podobał jej się - znużony, wpogniecionym ubraniu, w którym biel i czerństanowiły ostry kontrast, ze smugami krwi nabiałej koszuli.Przez myśl przemknął jej kolejnytytuł.Dzień po.Gdyby miała swojego nikona ikilka lamp.- Stary Chip zabrał się do roboty? - Maddieprzekrzywiła z zaciekawieniem głowę.- Ray mówił, że personel na wernisaż zatrudniałomuzeum, więc jeśli komuś się oberwie, to im.- No to się im oberwie.Gillian nie odpowiedziała.Aż za dobrze wiedziała, oczym dyskutowali.W wyobrazni na nowo wykadrowała ujęcie.Raytak jak teraz, na ugiętych nogach, z dłonią opartąna biodrze.Może lepszy byłby hassel-blad,pozwala uchwycić więcej szczegółów.Maddie trąciła ją w bok.- O czym myślisz?Gillian zbyła ją wzruszeniem ramion i odwróciławzrok od mężczyzn.- O niczym.- Nie wytrzymała jednak i znowuspojrzała na Raya.- Akurat! - Maddie parsknęła śmiechem.- Możeszoderwać dziew-czynę od aparatu, ale nieoderwiesz aparatu od dziewczyny.Ray spojrzał za siebie na Gillian Gray.Zakrwawioną i zmęczoną.Na jej widok coś się w nim budziło.Uruchamiała jego wewnętrznydzwonek ostrzegawczy, na razie jeszcze cichy, alenatarczywy.Czuł, że przyciąga go wzrokiem.Subtelnym, spragnionym i dumnym.Nieszczęś-liwym.- To tylko kilka dni.Do imprezy charytatywnej narzecz szpitala, w sobotę.- Mówił do Chipa, a raczejdo jego zmarszczonych brwi i wiedział, że go nieprzekonuje.- Dziesięć dni - poprawił Chip.Jezu! Dziesięć dni to aż nadto, by wpakować się wkłopoty.Nawet nie chciał o tym myśleć.Zbyłzawoalowany argument machnięciem ręki.- Tak czy inaczej, to nie całe życie.Jeśli będzieostrożna, nie dojdzie do powtórki tego incydentu.Naprawdę nie uważam, żeby ochronabyła potrzebna.- Nie znasz jej - odparł Chip.- Ona nie potrafisiedzieć cicho.Rayowi przypomniała się scena z dziennikarzami.Jej rozmowa z kelnerką.- Więc niech to będzie Landowe.- Rzucił pierwszelepsze nazwisko i spojrzał na Carlsona.- Dobrzesobie radzi z artystami.- Ciebie już zna - zauważył Carlson.Ray chciał zaprotestować, ale Chip go uprzedził.- Podwoję wynagrodzenie.- Słuchaj, Ray, sam powiedziałeś, że to nie całeżycie - przekony-wał Carlson.Rayowi nie podobało się, że szef wykorzystujejego słowa przeciwko niemu.- Nie uważam.- I dodam specjalną premię dla pana - wtrąciłChip.Boże.Czuł, że jego opór słabnie.I nie chodziło opieniądze, tych i miał mnóstwo.Wydawał je tylko na siebie, a nie ma wyszukanego gustu.Nie, niechodzi o pieniądze, tylko o jej oczy.Dlaczego niemógł ich po prostu zapomnieć?Bo nie ucieka z podkulonym ogonem, ot co!Zostaje do końca, to jego cechacharakterystyczna.I prywatna tortura.- Potraktuję to jak osobistą przysługę - kusił Chip.Och.Osobista przysługa dla Chipa Graya [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl