[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.noo.jak go.do diabła! śeby cięszlag trafił! - Wsunął palce do wewnętrznej kieszeni i wyjął płaski plastikowy futerał.Wśrodku była błyszcząca metalowa rurka przypominająca heterodyne do kieszonkowychradioodbiorników.- Bierz, na\ryj się! - podał mi rurkę.Była malutka, miała najwy\ej caldługości, milimetr grubości.- Dziękuję - powiedziałem.- Jak tego u\yć?Peck otworzył szeroko oczy.Chyba się nawet uśmiechnął.- Mój Bo\e - westchnął prawie z czułością.- Czy ty nic nie wiesz?- Nic nie wiem - przyznałem.- Trzeba było tak od razu.A ja myślę, co on mnie dręczy jak kat? Radio masz? Włó\do środka zamiast heterodyny, powieś w łazience albo postaw, wszystko jedno, i zasuwaj.- W łazience?- Tak.- Koniecznie w łazience?- Tak! Ciało musi być koniecznie w wodzie.W gorącej wodzie.ech, ty cielaku.- A devon?- Devon wsyp do wody.Pięć tabletek do wody, jedną do ust.W smaku ohydne, alepotem nie po\ałujesz.i koniecznie dodaj do wody soli aromatycznych.A jeszcze wcześniejwypij ze dwie szklanki czegoś mocnego.Musisz się, no, jak to mówią.rozluznić.- Tak - powiedziałem.- Rozumiem.Teraz wszystko rozumiem.- Zawinąłem sleg wpapierową serwetkę i wło\yłem do kieszeni.- Więc to falowa psychotechnika?- O Bo\e, co cię to obchodzi? - Ju\ stał, nasuwając kaptur na głowę.- Nic.Ile ci jestem winien?- Głupstwo! Chodzmy szybciej! Po cholerę tracimy czas? Wyszliśmy na ulicę.- Słuszna decyzja - odezwał się Peck.- Czy to jest świat? Czy w tym świecie myjesteśmy ludzmi? To gówno, a nie świat.Taksówka! - wrzasnął.- Hej, taksówka! - zatrzęsłogo z oburzenia.- I co mnie zaniosło do tej Oazy? Nie, teraz to ja ju\ nigdzie, nigdzie.- Daj mi swój adres.- Po co ci mój adres?Podjechała taksówka, Buba szarpnął za drzwiczki.- Adres! - złapałem go za ramię.- Ale idiota - powiedział Buba.- Słoneczna jedenaście.ale idiota - powtórzył,wsiadając.- Jutro do ciebie przyjadę.Ju\ nie zwracał na mnie uwagi.- Słoneczna! - krzyknął do kierowcy.- Przez centrum! I błagam, szybko!Jakie to proste, pomyślałem.Jakie to wszystko okazało się proste! I jak wszystko dosiebie pasuje.I łazienka, i devon.I wrzeszczące radia, na które nigdy nie zwracaliśmy uwagi.Po prostu wyłączaliśmy je.Wziąłem taksówkę i ruszyłem do domu.A jeśli on mnie okłamał? - pomyślałem nagle.Jeśli zwyczajnie chciał się ode mnie jaknajszybciej uwolnić? Wkrótce się o tym przekonam.On wcale nie przypomina agenta.Toprzecie\ Peck.Zresztą to ju\ nie jest Peck.Biedny Peck! Nie jesteś \adnym agentem, jesteśzwykłą ofiarą.To prawda, wiesz, gdzie mo\na kupić ten syf, ale jesteś tylko ofiarą.Nie chcęprzesłuchiwać Pecka, nie chcę go trząść jak jakiegoś chuligana.No tak, ale to przecie\ niePeck.Do diabła, co to znaczy - nie Peck? To Peck.A jednak.będę musiał.falowapsychotechnika.ale dreszczka to te\ falowa psychotechnika.Coś za łatwo się to układa,pomyślałem.Jestem tu niecałe dwa dni, a Rimeier mieszka tu od samego buntu.Wrzucili gotutaj, on się zaadaptował i wszyscy byli z niego zadowoleni, chocia\ w ostatnich raportachpisał ju\, \e nic z tego, czego szukamy, tu nie ma.No tak, ale on jest wyczerpany nerwowo.i ten devon na podłodze.I Oscar.Rimeier nie błagał, \ebym go puścił, tylko wysłał mnie dorybaków.Nikogo nie zastałem ani przed domem, ani w holu.Dochodziła piąta.Wszedłem doswojego gabinetu i zadzwoniłem do Rimeiera.Odpowiedział cichy kobiecy głos.- Jak się czuje chory? - zapytałem.- Zpi.Lepiej mu nie przeszkadzać.- Nie będę przeszkadzał.Czuje się lepiej?- Przecie\ panu powiedziałam, \e zasnął.I proszę tak często nie dzwonić.Pańskietelefony go niepokoją.- Będzie pani u niego przez cały czas?- W ka\dym razie do rana.Jeśli zadzwoni pan choćby raz, wyłączę telefon.- Dziękuję pani - powiedziałem.- Tylko niech pani go nie opuszcza do rana.Nie będęwięcej telefonował.Odło\yłem słuchawkę i przez jakiś czas siedziałem, rozmyślając, w wygodnymmiękkim fotelu przed du\ym i kompletnie pustym biurkiem.Wyjąłem z kieszeni sleg ipoło\yłem przed sobą.Mała błyszcząca rurka, z pozoru kompletnie nieszkodliwa, zwykłyelement radia.Mo\na takie produkować milionami.Powinny kosztować grosze i być bardzowygodne w transporcie.- Co pan tu ma? - odezwał się Len tu\ nad moich uchem.Stał obok mnie i patrzył na sleg.- Tak jakbyś nie wiedział.- To chyba z radia.w moim radiu jest takie coś.Ciągle się psuje.Wyjąłem z kieszeni radio, wyciągnąłem z niego heterodyne i poło\yłem obok slegu.Była podobna do slegu, ale nie była slegiem.- Nie są jednakowe - przyznał Len.- Ale ju\ takie coś widziałem.- Jakie?- Takie jak to.Nagle się zasępił.- Przypomniałeś sobie?- Nie - powiedział ponuro.- Nic sobie nie przypomniałem.- No i dobrze.Wło\yłem sleg do radia zamiast heterodyny.Len chwycił mnie za rękę.- Niech pan tego nie robi.- Dlaczego?Milczał, nie spuszczając z radia czujnego spojrzenia.- Czego się boisz? - spytałem.- Niczego się nie boję, skąd panu to przyszło do głowy.- Przejrzyj się w lustrze.- Wło\yłem radyjko do kieszeni.- Miałeś taką minę, jakbyśbał się o mnie.- O pana? - zdumiał się.- No chyba nie o siebie.chocia\, prawda, ty się jeszcze boisz tych.zjawisknekrotycznych.Teraz patrzył w bok.- Skąd panu to przyszło do głowy.To przecie\ zabawa.Prychnąłem pogardliwie.- Znam ja takie zabawy! Jednego tylko nie wiem: skąd w naszych czasach biorą sięzjawiska nekrotyczne?Rozglądał się na boki, potem zaczął się cofać.- Pójdę ju\ - powiedział.- Nie - zaprotestowałem zdecydowanie.- Porozmawiajmy, skoro zaczęliśmy.Jakmę\czyzna z mę\czyzną.Ty sobie nie myśl, ja o tych zjawiskach nekrotycznych trochę wiem.- I co pan wie? - Stał ju\ przy drzwiach i mówił bardzo cicho.- Więcej od ciebie - rzekłem surowo.- Ale nie mam zamiaru wrzeszczeć na cały dom.Jak chcesz posłuchać, podejdz tutaj.Przecie\ ja nie jestem nekrotycznym zjawiskiem.Chodz,siadaj.Wahał się całą minutę, spoglądając na mnie spode łba, i wszystko, czego się bał i naco liczył, przewinęło się przez jego twarz.W końcu powiedział:- Tylko zamknę drzwi.Pobiegł do salonu, zamknął drzwi do holu, wrócił, szczelnie zamknął drzwi do salonui podszedł do mnie.Ręce w kieszeniach, twarz blada, a odstające uszy czerwone i zimne.- Po pierwsze, jesteś głupi - oznajmiłem, przyciągając go i ustawiając sobie międzykolanami
[ Pobierz całość w formacie PDF ]