[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Ważne, żeby piosenka była melodyjna i dowcipna.Andrusa i Poniedzielskiego słuchamy też często podczas zabiegów, nie lubię pracowaćw zupełnej ciszy.• Zespół się podporządkowuje czy podrzucają panu swoje płyty?Czasami przynoszą coś swojego, chociaż najczęściej szukamy muzycznego kompromisu.Ja na przykład lubię muzykę elektroniczną i dobry folk, ale tym staram się ich nie katować.Podczas operacji najczęściej towarzyszą nam uniwersalne kawałki – piosenki Osieckiej, zespołu Raz Dwa Trzy.Od jakiegoś czasu też Krzysztof Krawczyk, z którego kiedyś się podśmiewałem,a teraz płytę nagraną z Goranem Bregoviciem znam praktycznie na pamięć.Mam zresztą całąpłytotekę Bregovicia.• A co pana śmieszy? Jako miłośnik kabaretu na pewno ma pan swoich faworytów.Oczywiście.Do moich ulubionych należą Ani Mru-Mru i Kabaret Moralnego Niepokoju,chociaż nie ma to jak stara dobra klasyka.Kabaret Olgi Lipińskiej i wszystkie piosenki z audycji„Sześćdziesiąt minut na godzinę” znam na pamięć.Czasy ich świetności przypadały na okresmojego liceum, więc o dziesiątej rano w niedzielę obowiązkowo była pobudka i słuchanie„sześćdziesiątki”, a w tygodniu o trzynastej – „Powtórka z rozrywki”.Do kabaretu ciągnęło mnie zresztą od zawsze, pierwszy założyłem jeszcze przed studiami z kolegą z pogotowia.Nazwaliśmy go Kabaret Pogotowia Ratunkowego.• To musiało tam być sporo czarnego humoru.Nie da się ukryć.Kolega pięknie grał na gitarze, próby organizowaliśmy w saliwidowiskowej przychodni przy Fornalskiej, śpiewaliśmy piosenki Wałów Jagiellońskich i teksty przedwojennych kabaretów.Jeden z nich, zatytułowany „Neruś zdechł”, pamiętam do dziś.Szłoto tak: Młody panicz wraca z zagranicznych wojaży do majątku na wsi.Stary wierny sługawyjeżdża po niego bryczką na pociąg.Podczas drogi panicz pyta: „Powiedzcie no, Janie, co tam w majątku?”.„Ano, panicu, wszystko w porządku, ino Neruś zdechł”.„Neruś zdechł? Biednapsina.A co się stało?” „Ano bo wicie, padliny się objadł.I zdechł”.„Padliny? A gdzież on się tej padliny objadł?” „A bo wicie, jak obora się paliła, to nie zdążylim wyprowadzić bydła, bydło padło no i padliny się nażarł i zdechł”.„Jak to, to obora się spaliła?” „Ano tak”.„A jak to się stało?” „No bo był wiater ode dworu, jak się dwór palił, no to zajęła się i obora, nie zdążylim bydła wyprowadzić, Neruś się objadł i zdechł”.„Jak to, to i dwór się palił!? Jak do tego doszło?”„A nie, no bo to jak starsza pani umarła, to się świeca przewróciła, dwór się zajął, ode dworu obora, i nie zdążylim bydła wyprowadzić, Neruś się padliny najadł i zdechł…”• Ponadczasowe.Z tymże kolegą pojechaliśmy jeszcze na konkurs recytatorski pracowników służbyzdrowia do Tarnowskich Gór.Pamiętam, że recytowałem „Kwiaty polskie” i fragment„Konopielki”, a ponieważ pochodziłem z Białegostoku, starałem się mówić gwarą, ale juryuznało, że za mało „śledzikowałem”…• Czyli że za mało pan zaciągał?Dokładnie.To się wzięło stąd, że w Białostockiem się mówiło: „A sliedzik jest? (tudoktor mocno zaciąga) To poproszę dwóch!”.• Wracając do pana życiowego wyboru – medycyny, miewał pan później momentywątpliwości?Kryzys miałem zaraz po tym, jak drugi raz zdawałem na medycynę, ale on wynikałz czego innego.Wydawało mi się wtedy, że egzamin z chemii nie poszedł mi najlepiej.Domyślałem się, że biologia i fizyka wypadły dobrze, ale nie byłem pewien, czy pozwoli mi to uzyskać potrzebną liczbę punktów.Po tym egzaminie wróciłem zdruzgotany do domui powiedziałem sobie, że jeśli tym razem się nie uda, więcej próbować nie będę.Pamiętam, żew domu odbywało się akurat przyjęcie imieninowe mojego ojca.Przyszedłem markotny, z nikim nie chciałem rozmawiać, a tata podszedł do mnie i powiedział: „Nie przejmuj się, jak się nie uda, to ja tu mam znajomego złotnika i pójdziesz do niego na praktykę i najwyżej będziesz w życiu kasę robił”.Wkrótce okazało się jednak, że zdałem z bardzo przyzwoitym wynikiem, bo na stupięćdziesięciu przyjętych byłem na liście trzydziesty.I tak nie zostałem złotnikiem… A potem w czasie studiów całkiem nieźle mi szło, choć muszę przyznać, że momentami lekko nie było.Pamiętam na przykład profesora od biologii na pierwszym roku, który wręcz się nad namipastwił.• Biolog sadysta?Wyglądało na to, że gnębienie biednych studentów rzeczywiście sprawia muprzyjemność.Wyzywał nas od tłumoków i powtarzał z upodobaniem, że jak koniecznie chcemychodzić w białych fartuchach, to sprzedawczyni w sklepie też taki nosi…Kolegę wyrzucił kiedyś z egzaminu z dwóją tylko za to, że jego indeks śmierdziałpapierosami.Tymczasem student, biedaczysko, niewinny, to matka w domu paliła.Jak to zwykle w takich przypadkach bywa, ten profesor był w gruncie rzeczynieszczęśliwym człowiekiem – w czasie wojny mina urwała mu rękę i to się mocno odbiło najego psychice.Nieprzyjemny był zresztą wobec wszystkich, nie tylko wobec studentów.A tymczasem medycyna i bez niego była trudnym kierunkiem.Jak wcześniej mówiłem, piętąachillesową każdego z nas była farmakologia.Zawsze wszystkie egzaminy udawało mi sięzdawać w pierwszym terminie, z wyjątkiem tego jednego przedmiotu.• I wtedy żona mobilizowała pana do nauki, bo małżeństwem byliście już w czasiestudiów.Tak, pobraliśmy się po moim drugim roku, żona była wtedy po trzecim.Wspominałem,że moi rodzice przeprowadzili się na przedmieścia Białegostoku, a ja dostałem po nichmieszkanie w kamienicy na czwartym piętrze.I tam mieszkałem przez pierwsze dwa latastudiów, podnajmując pokoje kolegom z uczelni.Po ślubie zrobiliśmy generalny remonti zamieszkaliśmy z żoną razem.Mnóstwo rzeczy w tym mieszkaniu wykonałem sam, boazeriępołożyłem (wtedy była modna), szafki w kuchni zmontowałem, bardzo lubiłem majsterkować [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl