[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Nie zatrzymał się, żeby wstąpić do środka i poszukać tych ksiąg.Po co miał za-wracać sobie głowę ich lekturą, skoro niebawem doświadczy tego na własnej skórze - i tow bez porównania większej skali.Obie furgonetki wciąż stały zaparkowane przed frontem zajazdu, obok samocho-dów rodziny Barbera.Nikt nie wybierał się nigdzie.Stacja benzynowa Shella ciągle niemiała czym handlować.Zbiorniki na benzynę we wszystkich stacjach w Dover-Foxcroftrównież wyschły do ostatniej kropelki.Samochody cysterny już dawno przestały nawetpodejmować próby dotarcia tutaj.Na północ i zachód od autostrady międzystanowej stanMaine został zdany sam na siebie: przeważające obszary stanu, chociaż nie najgęściejzaludnione.W codziennej scenerii pojawiło się wszakże coś nowego.Tuż obok w tej chwiliniemal bezużytecznych pojazdów mechanicznych stały sanie zaprzężone w jednego ko-nia, zupełnie jakby żywcem wyjęte z kolędy Jingle Bells.Ktoś jednak przywiązał konia -starannie wyczesanego zgrzebłem gniadosza - do klamki od drzwi, zamiast do słupka słu-żącego do przytroczenia wierzchowców lub do poręczy.Zwierz z nieskrywanym zadowo-leniem pałaszował obrok z worka.Kiedy Rob wszedł do środka, zdjął kapelusz i filcowe walonki, i na tym koniec.Wzajezdzie panował chłód, co wynikało z ciągłego niedostatku drewna na opał.- Wejdz, proszę, do salonu.Jest tu ktoś, kogo chciałbym ci z ochotą przedstawić -powiedział na powitanie Dick Barber.- Czy ten ktoś powozi saniami, które stoją na zewnątrz? - zapytał Rob.- Zgadza się.Twoi kompanioni zdążyli już wejść z nim w komitywę.- Barber po-sługiwał się czasami dość archaicznymi zwrotami.Robił to na wyrywki, stosownie dowoli i ochoty, stąd też Rob zakwalifikował ten jego nawyk jako efekty specjalne.Nie zamierzał w żadnym razie kaprysić.W kominku w salonie buzował ogień,przypuszczalnie na cześć gościa, który dopiero co zawitał w progi.Mężczyzna stał obró-cony plecami do Roba, rozkoszując się ciepłem.Prowadził rozmowę z Justinem i Char-lie em, którzy słuchali go z nieskrywanym zafascynowaniem.Słysząc jak Rob i Barber z tyłu za nim wchodzą do środka, przybysz przerwałwywód i obrócił się w ich kierunku.Dobiegał prawie siedemdziesiątki i wyglądem przy-pominał.Rob potrzebował chwili, żeby przypomnieć sobie, do kogo był podobny.Przy-pominał Johna Maddena, zawodowego gracza futbolu amerykańskiego w podeszłym jużwieku, lecz o wzroście obniżonym do 170 centymetrów.Przynajmniej na pierwszy rzutoka.Cerę miał rumianą, sylwetkę korpulentną, natura obdarzyła go też orlim nosem,krzaczastymi brwiami oraz srebrzystą czupryną.Nie ubierał się wszakże jak John Madden.John Madden wyglądał jak niepościelo-ne łóżko, nawet jeśli wpasował się w garnitur.Ten facet natomiast prezentował się ni-czym dandys z lat trzydziestych ubiegłego wieku.Spora część włosów skrywała się podczarną fedorą z szerokim rondem.Płaszcz obszyto paradną futrzaną lamówką.Kiedy roz-chylił poły, spod spodu wychynął wełniany garnitur, z wzorem w prążki, z klapami takspiczastymi i postawionymi tak ostro na sztorc, że niemal groziło to skaleczeniem.- Jim, to jest Rob Ferguson, także muzyk zespołu Tryskająca %7łaba i EwoluująceKijanki - przedstawił Barber.- Rob, przed tobą stoi Jim Farrell, przegrany republikańskikandydat w ostatnich wyborach do Kongresu z drugiego okręgu - obejmującego więk-szość terytorium Maine, aczkolwiek nie są to obszary zamieszkane przez większość lud-ności.Ci, którzy tam mieszkają, czynią tak z własnego wyboru, kierując się mądrością, wodróżnieniu od tępych i głupawych ptasich móżdżków, liczebnie górujących nad ludzmiposiadającymi jakieś idee, na temat których on debatował.- Miło pana poznać, Rob - rzekł Farrell tubalnym barytonem.- Dick pomagał mi prowadzić kampanię, w takim właśnie kształcie.Zdaje się za-pominać, że już po wszystkim i że zebraliśmy solidne baty.Teraz to już historia starożyt-na, jak zresztą każda przegrana kampania
[ Pobierz całość w formacie PDF ]