[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- Czyż niejesteśmy najlepszymi przyjaciółmi, jakich kiedykolwiek miałaś?- Jesteście.I będę za wami tęskniła jak szalona.- Otarła wilgotne oczy.- Ale najpierw musiałam być pewna swego.Chciałam zaczekać, aż będęmogła zaprosić was wszystkich na wesele.- Muszę być drużbą - powiedział Zębacz.180RS- Nie - Don na to.- To moja działka.Ja jestem jej partnerem.- A co ze mną? - spytał sierżant Pickford.- Wszyscy będziecie moimi drużbami.- Sam uściskała każdego z nich.Nie wyglądało to na pożegnanie.Raczej na dobry początek.Sam objechała różne szkółki z sadzonkami, by znalezć kwiatynadające się do posadzenia pod koniec lata.Poza bratkami, które jeszczezdążą zakwitnąć, musiała zadowolić się cebulkami przyszłorocznych lilii,żonkili i tulipanów.Kupiła tyle, że jej furgonetka z trudem pomieściłaubrania, książki, albumy, ukochane pamiątki, wszystko, z czego Samogołociła swój apartament.Zpieszyła się.Wiedziała, że skończyło się tournee Johna, i że zatydzień przyjedzie on do Nowego Orleanu.Chciała go zaskoczyć na farmie.Nie chciała mówić przez telefon o odejściu z pracy.Dobre nowiny wolałaprzekazać osobiście.John siedział na huśtawce.Nie wierzył oczom, kiedy zobaczyłznajomy wehikuł.Przypisał to wyobrazni.Krzycząco niebieska furgonetkaprzechyliła się na zakręcie,- kurząc i sapiąc ile siły.Tył siadał pod ciężarem.Gdy się zbliżyła, John zobaczył, że jednorożce rzeczywiście tańczą zradości.On zrobił to samo.Zeskoczył z werandy i zamachał.Sam oparła się o klakson i zatrąbiłana całe podwórko.Furgonetka zapiszczała przerazliwie, zatrzymując się, aSam wyskoczyła i uśmiechnęła się tak, jakby Boże Narodzenie przyszło wsierpniu.Spotkali się w połowie drogi.- Myślałem, że jesteś w Nowym Orleanie.- Nie.Jestem tutaj.181RS- Prawie zaniemówiłem.- Chciałam zrobić ci niespodziankę.- No i zrobiłaś.Ale dlaczego?- Czy możemy pomówić o tym pózniej? Chcę, żebyś mnie uścisnął.- Ja chcę więcej.- Zmiejąc się wziął ją w ramiona i poszedł w kierunkudomu.Kiedy dochodzili do werandy, już ją całował.Zatrzymał się tylko, byotworzyć drzwi.- Witaj w domu, Sam.- Postawił ją na podłodze.- To jest mój dom, John.Już na zawsze.Czekał, co powie dalej.Sam dotknęła jego twarzy.'- Zrezygnowałam z pracy w policji.Chcę mieszkać z tobą tutaj iwychowywać nasze dzieci na farmie.- Czy jesteś tego pewna?- Tak.Nie mam żadnych wątpliwości.- Zdecydowanie?- Absolutnie.- Uśmiechnęła się szeroko.- John, czy możemy pomówićo tym pózniej? Słyszę, jak kręcony stołek nas woła.Części garderoby znaczyły ich ślady do staromodnego łóżka zbaldachimem.Stare sprężyny wydały jęk zadowolenia pod podwójnymciężarem i były skrzypiącym akompaniamentem długiej pieśni miłości.Zlub odbył się w Nowym Orleanie w wielkim stylu, tak jak chciałaSam.Opadające z drzew liście, mieniły się pod stopami druhen czerwienią,brązem i złotem.Marilyn, ciesząca się rolą honorowej matrony, szalała wtłumie, ustawiając każdego gościa we właściwym miejscu, ale kiedyspotkała spojrzenie Sam, uśmiechnęła się i przestała udzielać rad.- To chyba cud - Diana westchnęła do swojej młodszej siostry.182RS- Nie, to tylko rezultat szczerej rozmowy.- Sam zawirowała,rozkładając swoją białą suknię.- Czuję się szałowo, myślę, że mogłabymumrzeć ze szczęścia.- Nie waż się - powiedziała mama.- A przynajmniej nie przed ślubem.Kiedy tak oczekiwali przed kościołem, odezwały się potężne organy,zapowiadając początek uroczystości.Bracia Sam, pierwszy raz w życiupoważni, szli między rzędami ławek, ku jasnemu światłu świec, które jejJohn obiecał.I gdy w końcu ona szła wzdłuż głównej nawy, spod ołtarzaobserwowały ją cztery ukochane twarze: Johna i jego trzech drużbów,Zębacza, Dona i sierżanta Pickforda
[ Pobierz całość w formacie PDF ]