[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Ze swojego miejsca przy ogniu staruszka kojarzyła nawetmał\eństwa.Miała długie siwe włosy, a w jej przenikliwym i zawsze utkwionym wrozmówcy wzroku kryła się mądrość i ogromne zrozumienie praw rządzących światem.Joanna, \yjąc wśród klanu i podą\ając przez wiele dni obranym przez niego szlakiem,zastanawiała się, kiedy dotrą do celu, z którego nastąpi odwrót.Był koniec listopada i Hugh zpewnością wyruszył ju\ na poszukiwanie ich ekspedycji.Joanna w dalszym ciągu zostawiałaza sobą ślady, znacząc miejsca obozowisk i układając kamienie tak, by wskazywały kierunekich marszu.Codziennie sprawdzała kompas.Im dalej posuwali się na wschód, tym igłastawała się bardziej kapryśna.Obecnie biwakowali w miejscu zwanym Woonana, co wjęzyku Aborygenów oznaczało: pastwiska młodych kangurów.Poniewa\ nazwaodpowiadała prawdzie, wszyscy najedli się tam do syta.W czasie gdy mę\czyzni zajmowalisię polowaniem, kobiety wypełniały swoje nie kończące się zadanie zbierania po\ywienia, wktórym Joanna i Beth jak zwykle im pomagały.Joannę dobiegł z tyłu nagły wybuch śmiechu.Obejrzała się i zobaczyła jak Coonawarra,młoda wdowa, przedrzeznia starego Yolgerupa, wodza plemienia.Starzec miał zwyczajprzybierania srogiej miny i wydawania z siebie groznych pomruków.Joanna przekonała sięjednak, \e jest łagodny niczym rozleniwiony kot.Wszyscy kochali Yolgerupa, a \arty kobietbyły jedynie dowodem sympatii.Coonawarra, której imię znaczyło kapryfolium , stąpającdumnie i postukując w ziemię patykiem, pochrząkiwała z niezadowoleniem, tak jak zwykł torobić stary wódz, ilekroć pragnął przypomnieć klanowi o własnym statusie.Chwilę potemmłoda Aborygenka usiadła na ziemi i naśladowała starca, pozorując zabawę z dziećmi.Kobiety piszczały z uciechy, opatrując scenki niezrozumiałymi komentarzami.Przebywając wśród ludzi Yolgerupa, Joanna zdołała się nauczyć zaledwie kilku słów.JęzykAborygenów był bardzo zło\ony i trudny.Na szczęście Naliandra, która opiekowała się Bethw chorobie, spędziła dzieciństwo w chrześcijańskiej misji i mówiła słabo po angielsku.Joanna zawdzięczała jej odrobinę wiedzy o ludziach, wśród których \yła.Pewnego dnia jeden z młodych członków klanu wrócił z polowania ze złamaną ręką.Stara Naliandra zdjęła skórę z kangura i przyło\yła ją wewnętrzną, zakrwawioną stroną dociała rannego, owinęła nią mocno kończynę i zawiązała sznurkiem.Tak sporządzonyopatrunek pozostawiła na wiele tygodni, podczas których, jak wyjaśniła Joannie, duchkangura przechodził do ręki i ją leczył.W rzeczywistości był to rodzaj łupekunieruchamiających kończynę i umo\liwiających zrośnięcie się złamania.Naliandra zapoznała równie\ Joannę z wieloma prawami i zwyczajami, jakimi kierowalisię w codziennym \yciu członkowie plemienia od zakazu wypowiadania na głos imionzmarłych po ceremonię zaślubin.Zawieranie mał\eństwa ograniczało się do publicznegoogłoszenia przez kobietę, \e wybrany mę\czyzna staje się jej mę\em. Czy twój mą\ ma inne\ony? zapytała kiedyś Joannę Naliandra, wyjaśniając, \e Aborygen mo\e mieć ich kilka. Ilumasz mę\ów? zagadnęła ją innym razem, tłumacząc, \e w ich klanie dziewczyna wychodziza mą\, kiedy ma dziesięć lat, ale mę\czyzna \eni się po raz pierwszy dopiero w średnimwieku.Nic więc dziwnego, \e kobieta w wieku Joanny zwykle miała ju\ za sobą kilkazwiązków.Inne pojęcia okazały się jednak bardziej zło\one i trudniejsze do zrozumienia, jak choćbysposób pojmowania przez Aborygenów czasu.Ich \ycie toczyło się wokół Czasu Snu, który jak odkryła Joanna trwa nie tylko w przeszłości, lecz tak\e w terazniejszości i wprzyszłości.Członkowie klanu nie mieli w swoim języku określenia na przeszłość,terazniejszość i przyszłość; wszystko było dla nich Czasem Snu.Nie znali odpowiedników na wczoraj , dzisiaj i jutro.Zastępowało je jedno słowo: punjara, które oznaczało innydzień.Wszelkie prawa rządzące ich \yciem były zaczerpnięte z przyrody, jak sposób liczenia.Nie potrzebowali liczebników.Zastępowały je nazwy zwierząt.I tak słowo pies oznaczałoliczbę cztery z powodu czterech łap tego zwierzęcia, ptak liczbę dwa , a kangur trzy.Joanna dowiedziała się, \e Aborygeni uwa\ają śmierć za kolejny etap \ycia.Człowiek wich pojęciu nie umierał, tylko wracał.Umrzeć, znaczyło stać się Przodkiem.Kiedy Joannazapytana przez Naliandrę o Miejsce swojego Snu nie potrafiła udzielić jej odpowiedzi,kobieta ze smutkiem pokiwała głową: To dokąd się uda po śmierci twoja dusza?Joanna stwierdziła te\, \e kobiety z plemienia Yolgerupa nazywają siebie córkami CzasuSnu.Aborygenki z kolei były zafascynowane Joanną.Widziały, jak podą\ała szlakiem-pieśniąPierwszego Kangura, i ze zrozumieniem przyjęły informację, \e jej totemem jest Kangur.Najwidoczniej doszły do wniosku, \e jest skoligacona z ich klanem, a upiorny, w ichmniemaniu, kolor jej skóry wynika z tego, \e Joanną zawładnęły duchy Przodków.Jako \e uznały ją za krewniaczkę, wyjawiały swoje sekrety, odpowiadając na pytania oduchowe więzi pomiędzy matkami i córkami oraz o szlaki-pieśni łączące pokolenia.Bezskrępowania opowiadały o swoich rytuałach związanych z ziemią, o czytaniu z gwiazd iprzepowiadaniu przyszłości, a tak\e o sposobach leczenia.Ale na pytania Joanny dotyczące klanu Djoogala lub Karra Karra milkły nagle, a ichtwarze stawały się pozbawionymi wyrazu maskami.Obserwując zabawiającą błazeństwami inne kobiety Coonawarrę, Joanna zwróciła się doBeth: Wydają się weselsze ni\ zazwyczaj.Myślę, \e nie mamy się czego obawiać.Ale Beth nie spuszczała z Aborygenek oka.Mo\e i były bardziej radosne, ale tak\ebardziej zdenerwowane. Co je niepokoi? zastanawiała się.Joanna przyglądała się młodej dziewczynie o imieniu WinningArra, która przyłączyła siędo błazeństw i uderzając w ziemię patykiem niczym dzidą, naśladowała jednego z członkówklanu, doprowadzając tym kobiety do śmiechu.Joanna zatrzymała wzrok na koszach, któreAborygenki dzwigały na plecach.Po raz kolejny nie mogła się nadziwić ich umiejętnościomwyszukiwania \ywności na tej pozornie pozbawionej \ycia ziemi.Pomyślała o ludzkimszkielecie, który napotkała w czasie swojej wędrówki.Tamten człowiek umarł z głodu, gdy\niewątpliwie sądził, \e na pustyni nie znajdzie po\ywienia.Aborygenkom udawało sięcodziennie zgromadzić wiele korzeni, nasion, dzikich orzechów i jagód, mrówek, gąsienic ijaszczurek a z tego wszystkiego potrafiły przyrządzić smakowitą ucztę dla klanu.Obecnieprzebywały w samym sercu rozległej i skwarnej pustyni, gdzie powietrze i ziemia byłyrozpalone i suche, a drzewa sięgały człowiekowi do pasa
[ Pobierz całość w formacie PDF ]