[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Ostatniego mężczyznę, a właściwie jego korpus, który zaczął kąsać mnie w łydkę,posłałem kopniakiem daleko od siebie.Następna fala pomału się unosiła.Przecież to niemożliwe! Nie mieli instynktusamozachowawczego, szli prosto na śmierć! Zabijcie go, wierni, a odrodzicie się do nowego, lepszego życia!Głos wżerał się głęboko do mojego mózgu, musiałem walczyć, by nie palnąć sobie w łeb,nie posłuchać rozkazu.Błyskawicznie naładowałem broń, kolejna fala już nadciągała.Nie spieszyli się, poruszalisię w transie wywołanym obecnością ich boga, ich pasterza.Następne strzały, następni zabici.Powietrze było przesączone zapachem prochu, krwi, rozszarpanych wnętrzności.Nikt nawetnie jęknął. Ty gnoju! zakląłem, zanim kolejni napastnicy sforsowali umocnienia z ciał swoichpoprzedników.Zamieniłem Margaret na Zabójcę i posłałem staremu bogu trzy kule.Glina zareagowałana nie jak woda na wrzucony kamień.Teraz wydawał się większy, to już nie był bałwan zgliny, tylko z jakiegoś wyglądającego na żywe tworzywa.Nie miałem czasu na porównania.Napierali ze wszystkich stron.Oddałem nawet kilka strzałów w stronę siedzisk i w pustąprzestrzeń, żeby zdążyć przeładować.Zerknąłem przelotnie na boga.Znowu się powiększył,krew martwych spływała do niego, odżywiała go, transformowała.Każdą śmiercią, każdymtrupem przyczyniałem się do jego wielkości. Właśnie tak! odpowiedział na moje myśli. A twoja własna śmierć ukoronuje mojewskrzeszenie! Połączymy się, ja stanę się tobą!Zawahałem się.Czy nie lepiej strzelić sobie w głowę? Ale na to już chyba było za pózno. Tak, jest za pózno! zagrzmiał krwawy bóg.Wiedziałem, że nie kłamie. R.C, trzymaj się! od strony drzwi dobiegło mnie wołanie.W porównaniu z głosem boga brzmiało niczym pisk rozdeptywanej myszy.Ale to byłamoja ostatnia szansa.W drzwiach stał Janota z Val.W dłoni trzymał jakąś monstrualną broń,która przypominała miotacz ognia.Jęknąłem.Zmierć zgromadzonych w kościele ludzi tylko wszystko przyspieszy.Zastrzeliłem kobietę, która rzuciła się na mnie z siekierą.Miotacz Janoty zasyczałprzeciągle, Val rzuciła przed siebie granaty z gazem usypiającym.Blacharz sprawniewywnioskował, do czego będzie zmierzał stary krwiopijca, i zawczasu odpowiednio ichpoinstruował.Wstrzymałem oddech.Z tym akurat nigdy nie miałem problemów.Co innego potemznów zacząć oddychać z tym było gorzej.Bóg już nie siedział na swoim miejscu.Niezgrabnie, niczym trzęsąca się kula, ruszyłprzez salę w stronę Janoty i Val.Zaszedłem mu drogę. Nie zdołasz mnie zabić ostrzegł pogardliwie.Margaret wystrzeliła ostatnim nabojem.Bóg zatrzymał się.Na najwyższym kolcurozpoznałem twarz Gabrety.Konwulsyjny grymas wiernie odbijał cierpienie ostatnich chwiljej życia.Widziałem obie ręce dziewczynki, tułowia i nóg już nie.Może je ugotowali, możeto ja je zjadłem. Jestem nieśmiertelny.Znowu ta przenikliwa, wżerająca się w mózg siła niszcząca w zarodku każdą myśl ooporze.Sięgnąłem za pasek i położyłem dłoń na Nożu.Bóg przeciwko bogowi, inaczej się nie da.Samo dotknięcie rękojeści, bez żadnego nawet zamysłu, sprawiało mi potworne cierpienie, wmojej przerzedzonej duszy zaczęła rosnąć dziura.Stary bóg zatrzymał się.Czworo oczu patrzyło na mnie, kręciły się w nich spirale. Nie zrobisz tego, to cię zabije.Nie, nie zabije, wyjdziesz na tym jeszcze gorzej przemówił nagle bez buty w głosie. Albo ty, albo on. Wzruszyłem ramionami. Możemy się dogadać.Słyszałem za plecami, jak Janota idzie przed siebie.Od czasu do czasu eksplodowałgranat gazowy, grzmiał karabin. Wiele już zyskałem, mogę sobie nawet pozwolić na nagrodę dla ciebie.Potem jednakkażdy z nas pójdzie w swoją stronę zaproponował.Kawałki torsów i kończyny zatrzęsły się, jakby bóg czekał w wielkim napięciu.Jednapara oczu patrzyła mi w twarz, druga obserwowała Nóż.Spirale co chwilę zmieniały kierunekobrotu.Zaczynała boleć mnie od tego głowa.Nie wierzyłem w ani jedno jego słowo. Dobrze zgodziłem się. Wskrzesisz te ofiary wskazałem jego przerażające trofea a ja nie użyję tego, co mam w pochwie przy pasie.Klepnąłem rękojeść Noża.Dziura powiększyła się, ale ktoś, kto ma tak przerzedzonąduszę jak ja, może to wytrzymać.A jeszcze lepiej, kiedy ma dwie.Bogowie mogą wszystko.Dopiero teraz w to uwierzyłem.Obcięte kończyny szukałyswoich korpusów, gnijące mięso pozbywało się śladów rozkładu, smród zanikał, wybielonekości owijały się w tkanki, głowy wrastały w ciała.Jako pierwsza ze wszystkich ofiar stanęła przede mną Gabreta
[ Pobierz całość w formacie PDF ]