[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Tam, gdzie do martwego wołu tuliły się inne, skóra pozostała miękka.Wyciąłem z niej prostokątny kawałek z otworem na głowę, tylko pobieżnie oczyściłem ztłuszczu i ubrałem się weń jak w prymitywną tunikę.Musiałem wyglądać strasznie już zdaleka śmierdzący, zakrwawiony facet.Wiedziałem ponadto, że niewyprawiona skóra za kilkadni stwardnieje i zacznie pękać.Z zaciśniętymi zębami poświęciłem jeszcze trochę czasu nazrobienie prymitywnych rakiet śnieżnych, które ułatwią mi poruszanie się po wielometrowejwarstwie śniegu.Była to walka z własnymi nerwami zostać w miejscu i pozwolić, żebyprześladowcy bez wielkiego trudu zmniejszyli moją przewagę czasową.Czułem jednak, że tosię opłaci, a ponadto miałem nadzieję, że zatrzyma ich sprawdzanie, jak każdy z nich przeżyłatak mroznej burzy.W końcu z niecierpliwością wyruszyłem w górę w stronę grani, najpierwna północ, pózniej coraz bardziej na wschód, żeby zamknąć kilkusetkilometrową pętlę, którąwcześniej zaplanowałem.* * *Po drugiej stronie grani wszystko pokryte było śniegiem dziesięciometrową, możejeszcze grubszą warstwą świeżego śniegu.Głęboko przede mną rozciągała się biała równina, ażdo następnych gór daleko na horyzoncie.Spieszyłem się, ale tak, żebyzdołać utrzymać tempo przez kilka dni i wiele dziesiątek kilometrów.Wiedziałem, że będąmnie stopniowo doganiać.Tylko nie mogło stać się to zbyt szybko.* * *Trzy dni pózniej znów szedłem w górę, w stronę wąskiego i głębokiego łęku na grani.Rozpogodziło się, niebo było jasne, bezchmurne, śnieg błyszczał niebieskawo.Powcześniejszych chmurnych dniach czułem kłucie w kącikach oczu.Zakryłem je jedną warstwąmateriału oddartego z rękawa i miałem nadzieję, że to wystarczy, żeby uchronić się przedgrożącą mi ślepotą śnieżną.Niedaleko przed wierzchołkiem pozwoliłem sobie na krótkiodpoczynek.Zapasy mi się skończyły, drugi dzień nic nie jadłem, ale po kilku niewielkichkryzysach głowę miałem jasną i lekką.Zakładałem, że tak będzie już do końca, aż do ostatniejchwili, kiedy będę w stanie się ruszać.Do mroznego powietrza już dawno się przyzwyczaiłem,tak jak do dziwnego ślizgania się podczas biegu, kiedy poruszałem się po ośnieżonych stokach.Byli blisko, czułem ich tak jak jeleń ścigany przez niepokonaną zgraję wilków.Jednak nie natyle blisko, żebym stracił nadzieję.Miałem w zanadrzu jeszcze jedną sztuczkę, do którejprzygotowywałem się przez dwa ostatnie dni.Obejrzałem się.Równina pode mną, jeszczeprzed chwilą bez jakichkolwiek nierówności, nagle się zmarszczyła, jakby tuż pod jejpowierzchnią wiło się stado gigantycznych anakond.Czyżby lodowe robaki naprawdę istniały?Czyżby przeżyły do dziś? Niestety, na rozmyślania i bardziej szczegółowe badania nie miałemczasu.Może innym razem.Na stoku, niecałe dwieście metrów pode mną, pojawiły się ciemnekropki prześladowców.Poświęciłem im ostatnie spojrzenie, zacząłem się powoli i ociężalewspinać, szóstym zmysłem czując, jak ogarnia ich radość i poczucie zwycięstwa ze zbliżającejsię do szczęśliwego końca pogoni.Oblizałem wargi.Słone, popękane od mrozu, wiatru i ciągłegozmęczenia.To było dobre uczucie, wiedziałem, że wciąż żyję.Pokonałem kilka ostatnichmetrów do nierzucającego się w oczy skaliska, sterczącego z białego stoku jak rafa z pieniącejsię wody, i już stałem przy nim.Tymczasem ścigający zdążyli uformować się w wachlarz, żebym nie miał najmniejszejszansy uciec, nawet gdybym wydobył z siebie jakieś resztki sił.Cisza, tylko od czasu do czasu słychać pęknięcie lodu albo szelest samotnego płatkaporuszającego się dzięki powiewowi wiatru po śnieżnym dywanie. Ole! wrzasnąłem i pomachałem im. Ole! Odwróciłem się w stronę grani nad sobą.Nawisy śnieżne, wyglądające jak nadmuchana i niewinna piana, zatrzęsły się, szelestpłatków znikł w huku, rozległy się trzaski i białe jęzory śniegu definitywnie się urwały.Skuliłem się za skałą, nagle wszędzie wirował biały śnieg, właził do oczu, uszu
[ Pobierz całość w formacie PDF ]