[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Oczyich nieruchome prosto w p³on¹cy mózg zadaj¹ cios sukiennego spojrzenia i gin¹ w tajemnicyi znikomoSci, w otch³ani szlochów.Zaledwie jedna zniknie, wyp³ywa inna i czuwa nad znu-¿onymi mySlami.¯adna nie da siê odpêdziæ aktami woli.G³owa jest jako puste, rozleg³e,bezgraniczne niebo, po którym wlok¹ siê wielokszta³tne ob³oki, niesione od skrytych wiatrów.A jak wysokie chmury przypomn¹ nieraz kszta³t -niemi i dumaj¹ nad nim niejako, tak samomySli nieszczêsne niekiedy.wspomn¹ rzeczywist¹ ziemiê.Widz¹ z daleka te mySli samow³ad-ne i bujne niby w dalekiej przesz³oSci, jak to w piersi tworzy siê nagle a niespodziewanieprzepaSæ rany.Ruchoma stamt¹d bije pienista fala na obraz xród³a wyrwanego spod gliny.Serce szalonymi ciosy, serce-m³ot bije raz w raz w g³êbie miêkkich, klekoc¹cych fal! P³ucazrywaj¹ siê, siepi¹ i mocuj¹ w nadmiernym trudzie.Miec¹ ze siebie ogromne, galaretowateskrzepy i strugi cichej, s³onej, p³ynnej krwi.Senne, znu¿one, sp³akane widzenia zmierzchaj¹, cichn¹ i topi¹ siê z wolna w ciszy.Szareopony rozprzêg³y siê, znicestwia³y i pierzch³y.Nie s³ychaæ nic, nie s³ychaæ nawet krzyku po-384 ganiacza mu³Ã³w ani dzwonków, ani zgrzytu haków.Wszystko jest cisz¹.Cia³o zmartwia³o,serce zamiera i bezw³adnie le¿y na obraz skrzypiec rzuconych.Nêdzne¿ to deski! Struny¿ywe, struny wszystkograj¹ce nie zabrzmi¹ ju¿! Skona³a na zawsze melodia wasza, skrzypkilipowe.Dym ciê¿ki b³¹dzi przed oczyma, wlecze siê po piasku, gdzie w zamySleniu b³¹dzi-³a stopa, po ile czerwonym, po siwych opoczystych caliznach.Sprzymierza siê i ³¹czy dymze skibami i wnêtrzem bry³, dotyka ze dr¿eniem ostrych kantów, ziarnistych wydêæ kamienia.- Ty¿eS to jest, przeznaczenie moje? - skar¿¹ siê wargi.- Przyjacielu, przyjacielu.Ty¿ toobejmiesz piersi moje, kamieniu? Ty¿ to ostatnia uca³ujesz me usta, ¿Ã³³ta bry³o?Nareszcie g³êbokie westchnienie.Có¿ to jest woko³o?Zesz³y siê doko³a g³owy, obleg³y nozdrza, nap³ynê³y ku piersiom dymy z kwietnika przeddomem w Olszynie.O, b³ogos³awione a niewypowiedziane szczêScie obcowania z kwiatami w dniu ucisku Smierci!- Ty¿eS to jest ze mn¹ - szeptaj¹ usta - siostrzyczko-rezedo? Ty¿eS to przysz³a na martweugory mej Smierci? Bóg¿e ci zap³aæ.JesteS zapach mojej m³odoSci.Tak jak ty pachnieszczêScie dzieciñstwa.Zapachu mój, otocz miê i przygarnij do ¿ycia.Wex miê z ucisku gli-ny i kamieni.Otwiera siê przed oczyma cudne dziwactwo, widziane jakoby pierwszy raz, wypuk³ych, ca³o-brzegich, strzêpiastych goxdzików.Fio³kowymi pow³Ã³czeniami ca³uj¹ przekrwienia oczu brat-ki jesienne.Bladofioletowa lewkonia le¿y na piersiach, na p³ucach dziurawych, a dobrotli-wy jej zapach ch³odnym a czêstotliwym chuchaniem s¹czy siê w jaskiniê rany.Wtem s³ychaæ,s³ychaæ.S³ychaæ, co siê dzieje w uszach i g³owie.Bij¹ tam w dxwiêczne kowad³a ma³e, pracowite,zawziête kowaliki.Ma³e to musi byæ jak polne Swierszcze.Szybko, szybko, z ramienia ³upi¹m³otami majsterkowie: raz-raz - raz-raz!A potem jeden przed drugim, na wyprzódki! A¿ tchu brak.Tworzy siê z ciosów ci¹gliwyszum, unosi siê w pustyniê g³owy huk jak w g³êbokim, starodrzewnym boru-lesie.Dech zamiera.Serce siê zrywa i ³omoce skrzyd³ami w ga³êzie niby z³apany sieci¹ dziki orze³-zyz.G³owa bezw³adna chwieje siê w prawo i w lewo po ruchomym materacu, palce r¹k b³¹dz¹,chodz¹, wêdruj¹.Nogi coS ciska w ró¿ne strony, jak drwal w z³oSci ciska bierwionami.Mózg siê ¿ywym p³omieniem pali.W nim p³on¹ pióra mySli.Spalone na wêgiel wargi szep-taj¹:- Trepka.Szczepan.daj¿e mi piæ, daj¿e mi piæ.Ju¿ my dzisiaj z tego strasznego lasu niewyjedziemy.Rwiêty jeleñ z krzy¿em miêdzy rogami spotka³ nas w lesie.Rafa³ do niegostrzeli³.Szczepan.daj¿e mi piæ, daj¿e mi piæ.Wolno nasuwa siê, sztorcem nastawia jak grot lancy z³owrogie pytanie:Sk¹d¿e tu, u Boga, ma byæ Trepka? Gdzie?Wracaj¹ trzexwe i spokojne mySli, przyp³ywa jasna SwiadomoSæ:Rni³o mi siê, widaæ, o Trepce.I znowu niby ogromy chmur pêdz¹ mySli innego porz¹dku, wychodz¹ sk¹din¹d sylogizmynamiêtne, pytania natarczywe, odpowiedzi r¹cze i dowcipne, ca³e komplety genialnych wi-dzeñ, odkryæ istotnych, wynalazków w dziedzinie mySli ludzkiej.Rmiech dobrotliwy otaczaje niby mg³a.Nie jesteS tak znowu g³upi, Szczepanku, jak s¹dzi³em.Nie, doprawdy nie! Jest w tym senspewien, jest treSæ w twoich glêdzeniach.Wiêcej znaczy nowy rów przerzniêty w odwiecznych385 bajorach nad Wis³ok¹ ni¿ wygrana potyczka.Czy tak? Ni¿ potyczka pod Burviedro, podCalatayud? Wiêcej znaczy jeden przytu³ek, jeden szpital w twojej, prawi, dziedzinie ni¿ zdo-bycie sztandaru.Czy tak? To rzeczy zgo³a ró¿ne, braciszku mi³y.To¿ przecie jasno widaæ.G³owa siê pali, g³owa kipi i wre.Jako snopy ognia lataj¹ w niej zdarzenia, obrazy, dowody,przyk³ady.Snuj¹ siê ³añcuchy mySli:ZabawnyS ty, stary, zabawnyS ty ze swoj¹ przyziemn¹, chlebo¿ern¹ filozofi¹! Poczciwa jesttwoja g³êboka, wymySlona g³upota, ³zy mi gorzkie wyciska z oczu [ Pobierz caÅ‚ość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl