[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Całkiem zgłupieli.Nie zbli\yli się do nas nawet o sto stóp. To dowód, jak się rozgniewał mój ojciec.Mają rozkaz nas zabić. Dziwne  odparł Zawierucha. Twój głos dolatuje mnie jakby z daleka. Zakryj usta!  krzyknęła nagle Labiskwee. I nic nie mów.Ju\ wiem, co to jest.Zakryj usta rękawem i milcz.McCan upadł pierwszy i podniósł się z wielkim trudem.Potem wszyscy troje padaliraz po raz, nim wreszcie znalezli się na szczycie.Mięśnie odmawiały im posłuszeństwa.Niewiedzieli dlaczego, czuli tylko, \e ogarnia ich odrętwienie i ocię\ałość.Na szczycie obejrzelisię i zobaczyli, jak młodzi myśliwi zataczają się i przewracają na zboczu góry. Nigdy tu nie dojdą  powiedziała Labiskwee. To biała śmierć.Słyszałam oniej, choć nigdy nie widziałam.Nasi starcy opowiadali.Zaraz przyjdzie mgła, niepodobna do\adnej mgły, jaką widziałeś.Mało jest takich, którzy ją zobaczyli i uszu z \yciem.McCan zaczął cię\ko dyszeć i dusić się. Nie odsłaniaj ust  rozkazał Zawierucha.Wszystko zalał oślepiający blask.Zawierucha spojrzał na słońca.Błyszczały okrytemgłą.W powietrzu pełno było drobniutkich iskier.Bliskie szczyty utonęły w dziwnej mgle.Młodych myśliwych, zawzięcie pnących się w górę, pochłaniał biały obłok.McCan przycupnął na nartach.Usta i oczy zakrył rękami. Wstawaj, jedziemy  rozkazał Zawierucha. Nie mogę się ruszyć  jęczał McCan, kuląc się i chwiejąc.Zawierucha wolnopodszedł do niego.Ogromnym wysiłkiem woli zmusił do ruchu ocię\ałe i drętwe ciało.Zauwa\ył, \e nic nie mąci mu myśli, \e doznał tylko fizycznego pora\enia. Zostaw go  chrapliwym głosem powiedziała Labiskwee.Ale Zawierucha sięuparł.Postawił McCana na nogi i zwrócił twarzą w stronę drugiego stoku, którym mielizjechać.Potem pchnął go.McCan, hamując i sterując kijkiem, dał nura w skrzącądiamentowym pyłem mgłę i zniknął im z oczu.Zawierucha spojrzał na Labiskwee.Uśmiechała się, choć ledwie stała na nogach.Dałjej głową znak, by zje\d\ała, ale podeszła do niego i razem, o dziesięć stóp od siebie, puścilisię w dół, w gęsty deszczyk szpilek zimnego ognia.Zawierucha hamował, ile mógł, ale cię\ar ciała poniósł go naprzód.Pędził sam długimszlakiem z szaloną szybkością.Zwolnił dopiero, gdy znalazł się na okrytym lodempłaskowzgórzu.Przyhamował, dogoniła go Labiskwee.Jechali obok siebie, coraz wolniej, a\zupełnie stracili szybkość.Ogarnęła ich jeszcze większa drętwota.Mimo rozpaczliwych122 wysiłków woli poruszali się teraz niezwykle wolno.Minęli McCana.Znów siedział skulonyna nartach.Przeje\d\ając, Zawierucha stuknął go kijem i podniósł na nogi. Teraz musimy się zatrzymać  z trudem wyszeptała Labiskwee. Inaczejumrzemy.Trzeba się nakryć, tak mówili starcy.Tak się śpieszyła, \e nawet me odwiązała rzemyków od worka, tylko ucięła.Zawierucha zrobił to samo.Po raz ostatni spojrzeli na ognistą mgłę śmierci i fałszywe słońca.Okryli się futrami i mocno przytulili do siebie.Ktoś potknął się na nich i upadł.Usłyszeliciche kwilenie i bluznierstwa, które przerwał ostry atak kaszlu.Wiedzieli, \e to McCan.Przyciskał się do nich i okrywał futrem.Potem sami zaczęli się dusić od szarpiącego płuca suchego, spazmatycznego kaszlu,nie dającego się powstrzymać.Oboje poczuli, \e ogarnia ich gorączka.Ataki kaszlu byłycoraz częstsze i gwałtowniejsze.Trwało to kilka godzin, a\ pod wieczór nastąpiło przesileniei ataki zel\ały.Wyczerpani, między jednym a drugim napadem kaszlu zapadali w drzemkę.McCan jednak kaszlał coraz gorzej.Jęczał i krzyczał okropnie, najwidoczniej w malignie.Wpierwszej chwili Zawierucha chciał odrzucić futro na bok, ale Labiskwee przycisnęła sięmocno i nie wypuściła go z objęć. Nie  prosiła. Nie odkrywaj się, to grozi śmiercią.Wtul twarz w moją parka,oddychaj spokojnie i nic nie mów  patrz, tak jak ja.Drzemali pod futrami.Nawroty słabnącego kaszlu budziły ich wzajemnie.Minęłachyba północ, gdy McCan zakaszlał po raz ostatni.Potem wydawał ju\ tylko ciche,bezustanne, zwierzęce jęki.Zawierucha obudził się.Usta Labiskwee spoczywały na jego wargach.Le\ał w jejramionach, głowę opierał na jej piersiach.Głos Labiskwee był radosny jak zwykle, nic ju\ gonie tłumiło. Ju\ dzień  powiedziała, uchylając futra. Prze\yliśmy to, przestaliśmy kaszleć [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl