[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Poza tym Johansson nie obnosił się ze swoją wiarą.Nic nie mówił, kiedy jeden czy drugi czasem wychylił kieliszek.Choć jego współwyznawcy pozwalali sobie na komentarze.Siedzieli u kogoś w gościnie i odmawiali picia wódki, a potem patrzyli z niechęcią na tych, którzy sobie golnęli.„Ten pierwszy kieliszek czuje się samotny — mówili.— Chce mieć towarzystwo, kogoś do pary.Zaraz się pokłócą i trzeba im będzie posłać na dół trzeciego, żeby ich pogodził.A to już pijaństwo”.Nie, Johansson taki nie był.Zostawiał ludzi w spokoju.Bäckström miał ochotę przyłożyć swojemu młodemu pomocnikowi za tę gadaninę.Chłopak tymczasem znów się rozgadał.Wyśmiewał się z laestadian, że także wśród nich trafiają się kłamcy, oszuści i pijacy.Przecież każdy to wie.Niektórzy chodzą w niedzielę na modły i proszą Boga oraz braci o przebaczenie tylko po to, żeby w poniedziałek znów zacząć grzeszyć od nowa.A tak poza tym, co innego oprócz mocnego napoju mogłoby sprawić, że człowiek siedzący w saniach zasnąłby tak głęboko?Przerwał swoje wywody, kiedy klacz znienacka stanęła w miejscu.I zaraz cofnęła się o krok.Wyciągała przy tym szyję i wywracała oczami.— Spokojnie — próbował przemówić do konia pomocnik.— A tej co do łba strzeliło? — zapytał Bäckström i strzelił batem.Koń się nie poruszył.Rozdął chrapy.Parsknął.Mięśnie pod skórą napięły się jak stalowe liny.Pomocnik położył dłoń na ręce Bäckströma, gotowego jeszcze raz smagnąć zwierzę.— Lintu jest taka posłuszna — powiedział ściszonym głosem.— Nie bijcie jej w gniewie.Jeśli się zatrzymuje, musi być jakiś powód.Miał rację.Erik Bäckström wypuścił z ręki bat i zaczął szukać pod kozłem strzelby.Wilki, pomyślał.Albo niedźwiedź, któremu ktoś zakłócił sen.Był przygotowany na to, że klacz nagle zerwie się z dyszla.Zawróci i poniesie.Może nawet wywróci sanie.A gdyby wypadł z sań i został tam na pastwę wilków, dobrze byłoby mieć przy sobie strzelbę.— Czy tam coś leży? — zapytał pomocnik, wpatrując się przymrużonymi oczami w padający śnieg.— Co? — powiedział Bäckström, który niczego nie mógł dostrzec.— Tam leży człowiek! Czekajcie!Pomocnik wyskoczył z sań i podbiegł kawałek do przodu.Teraz i Bäckström widział, że coś leży na drodze.Pomocnik biegł, ale na ostatnim odcinku dzielącym go od człowieka leżącego w poprzek drogi zwolnił i podszedł do niego ostrożnie.— Kto to jest?! — zawołał Bäckström.Ciało było ułożone na brzuchu, z twarzą w śniegu.Pomocnik nachylił się i popatrzył z boku.— To Oskar Lindmark! — krzyknął do Bäckströma, który stanął w saniach, wyciągając szyję.— Wygląda na to, że jest martwy.Oskar Lindmark był dwunastoletnim parobkiem pocztyliona.— Co ty mówisz?! — zawołał Bäckström.— Wypadł z sań i skręcił kark, czy co mu się stało?— Nie, wydaje mi się, że…Pomocnik nachylił się nad ciałem i umilkł.Czy to czarne to była krew? W słabym świetle księżyca zniknęły wszystkie kolory.Płatki śniegu spadały na ciemną plamę i rozpływały się.— Co z tobą? — Położył rękę na plecach Oskara Lindmarka.Potem zdecydowanym ruchem odwrócił ciało.Pociągnął za ramię i przekręcił chłopca na plecy.Nadal myślał, że może żyje, tylko potrzebuje powietrza.Twarz Oskara była biała jak śnieg.Oczy otwarte, usta też.Czy to krew? — zastanawiał się pomocnik woźnicy.Zdjął rękawicę i dotknął czarnej smugi na czole Oskara.Tak.Chyba tak.Popatrzył na wilgotne opuszki palców.Potarł nimi o kciuk.Nagle pojawił się obok niego Bäckström.— Czy on nie żyje? — zapytał go pomocnik.— Tak myślę, jak sądzicie?— Na Boga — odezwał się Bäckström ochryple.— Jasne, że nie żyje.Nie widzisz, że ma rozwaloną głowę?Dopiero wtedy pomocnik to zauważył.Poderwał się szybko.Odsunął się od zwłok.Bäckström odwrócił się w stronę Jukkasjärvi.— Johansson! — krzyknął z rozpaczą w las.Śnieg wchłonął jego głos.Wołanie nigdzie nie dotarło.Mogli tam stać i krzyczeć w lesie, ile chcieli.— Zanieś chłopaka do sań — powiedział do pomocnika, który dygocąc z przerażenia, trzymał się brzozy, żeby nie upaść.— Nie mogę — wydusił pomocnik, szczękając zębami.— Jest cały we krwi.Nie mogę go dotknąć.— Weź się w garść, chłopcze! — ryknął Bäckström.— Musimy zawrócić i dogonić sanie pocztowe.Razem podnieśli martwego chłopaka i ułożyli go w saniach na workach z pardwami.Bäckström pomyślał, że krew przesiąknie przez tkaninę i poplami białe ptaki.A potem uświadomił sobie, że przecież restauratorzy w Sztokholmie nie muszą wiedzieć, czyja to krew.Na posterunku policji w Kirunie komisarz Björnfot i starszy posterunkowy Spett siedzieli każdy po swojej stronie biurka.Za oknem w świetle elektrycznych latarni wirowały płatki śniegu.Posterunek był wyposażony w prawdziwy kaflowy piec, a Spett naładował brzozowych polan na cały dzień.Na gałgankowym dywaniku na podłodze leżał jego pies, suka imieniem Kajsa, obgryzając kawałek szczęki łosia.Komisarz Björnfot zapisywał bieżące wydarzenia w dzienniku dyżurów.Dużo pracy nie miał.Był starszy od posterunkowego, wiele lat służył w Sztokholmie, gdzie poznał swoją żonę, i zaledwie przed rokiem razem z nią i dwiema córkami wrócił do Kiruny.Był zrównoważonym człowiekiem i nie miał nic przeciwko pisaniu protokołu czy spisywaniu zeznań świadków, co było trochę zaniedbywane, kiedy Spett samodzielnie urzędował na posterunku.Spett, który był kawalerem, siedział teraz zajęty cerowaniem skarpet.Na piecu suszyła się jeszcze jedna para.Björnfot przymykał na to oko.Kiedy objął stanowisko w Kirunie, Spett mieszkał z Kajsą na posterunku.Więc dla świętego spokoju tolerował niektóre przyzwyczajenia kolegi z tamtych czasów.Obaj byli postawnymi mężczyznami o szerokich ramionach i wyrobionych mięśniach.Spett był bardziej żylasty, podczas gdy Björnfot miał wzbudzający respekt wydatny brzuch.„Umiejętności dyplomatycznych oraz krzepy” — tego właśnie szukała u swoich pracowników kompania węglowa, opłacająca stróżów prawa w mieście.Czyli umiejętności rozdzielania awanturników.A tych w Kirunie nie brakowało.Byli wśród nich socjaliści i komuniści, agitatorzy i bojownicy o prawa robotnicze.Nawet na religijnych mieszkańcach nie można było polegać.Laestadianie i kaznodzieje innych wyznań, zawsze na granicy ekstazy i szaleństwa.W Kautokeino grupa niedawno nawróconych laestadian, ogarnięta zapałem do walki z grzechem i sprzedażą alkoholu, zatłukła zarówno posterunkowego, jak i handlarza, podpaliła plebanię oraz pobiła pastora wraz z żoną.To wszystko działo się jeszcze przed przyjściem komisarza na świat, ale mimo to ciągle mówiło się o zamieszkach w Kautokeino.No i byli tu jeszcze ci wszyscy młodzi mężczyźni, robotnicy torowi i górnicy, właściwie smarkacze, którzy zjechali się nie wiadomo skąd.Daleko od matki i ojca, przepuszczali cały zarobek na wódkę, a potem zachowywali się tak, jak można się było spodziewać.Ale teraz cela, znajdująca się w rogu posterunku, była pusta, więc Björnfot zamknął dziennik i pomyślał o żonie, która czekała na niego w domu.Kajsa zerwała się z miejsca i zaczęła szczekać.Sekundę później rozległo się pukanie do drzwi i wozak Erik Bäckström wszedł do środka [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl