[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Ale to nie była prawda, nawet z biologicznego punktu widzenia.Istotą naszego sposobu rozmnażania się jest rozkosz, to uczucie ciepła,spokoju rozlewającego się po całym ciele; odprężenia i wyciszenia, jak poprzebudzeniu z głębokiego snu.Wciąż nie otwierając oczu, lekko zmarsz-czyła brwi.Naprawdę się z tym zgadzała? To wzburzenie krwi, mające wsobie coś mistycznego, nazbyt przypominało D.H.Lawrence'a, którego nielubiła, gdyż zawsze była nieufna wobec koncepcji, które w centrum sta-wiały ciało, biologię.A z drugiej strony, taka była prawda i dobrze o tymwiedziała.Dzięki Davidowi coś się z nią stało.Była teraz inna, a ta różni-ca decydowała o wszystkim.Bez względu na to, jak do tego doszło, seksstał się nie tyle sposobem na płodzenie dzieci, ile sposobem na przekształ-canie nas samych.Czyż nie? Czyż nie na tym polega nasza prawdziwaprzewaga nad zwierzętami? A potem jako potwierdzenie tych myśli?.nigdy potem nie mogła tego rozstrzygnąć napłynęły wspomnienia: byłamłoda, tak młoda, jak stary był świat, ale widziała wszystko bardzo wy-raznie.To było przecież zupełnie proste.Jest w ramionach ojca, który tuliją do siebie.Widzi jego twarz, linię policzka.Czuje jego zapach teraz,tutaj, w Kalifornii, czuła zapach ojca.Matka nachyla się nad nią z uśmie-chem w oczach i całuje, ona wie jednak, że to ojciec ją trzyma, a nie mat-ka.O to właśnie chodziło od początku, co tak ją zaskoczyło było to bo-wiem jej najwcześniejsze wspomnienie z dzieciństwa że na chwilę za-tkało jej dech w piersiach.Usiadła raptownie, uświadomiła sobie istotętego wszystkiego tak wyraznie, że samo wspomnienie zbladło zupełnie.Teraz wiedziała, dlaczego powróciło.Nic nie było przypadkowe, żadna ztych myśli, żadne z tych uczuć.Wprost przeciwnie.Od dłoni Davida dodłoni ojca, zmierzała do tego punktu, jakby wspinając się po skale.Davidposłał ją tą trasą, której sam nie potrafiłby pokonać.I oto dotarła do szczy-tu.Było nim pytanie: Gdyby to Mariannę nawiedziło podobne wspomnie-nie, czyje ręce by widziała? Vogel był ojcem Marianny, ale kto był ojcemAni? Czy też, ujmując to inaczej, kto był mężem Marianny, ojcem jejcórki?Musiała sprawdzić coś jak najszybciej.Natychmiast zsunęła się ze ska-ły, schwyciła ubranie, naciągnęła wilgotne jeszcze spodnie.Zaczęła scho-dzić, potem biec po zboczu ku przyczepie.Gdy weszła do środka, wpierwszej chwili nie mogła niemal nic dostrzec w panującym tu półmroku,tak jasno było na zewnątrz, zresztą zaraz uprzytomniła sobie, że znowumusi wrócić na słońce, chciała bowiem obejrzeć fotografie, które Davidznalazł w Aberporth, a które ciągle jeszcze znajdowały się w walizce, wbagażniku samochodu.Zawahała się na moment czy nie powinna zbu-dzić Davida? Spał jednak smacznie, a zresztą uznała, że powinna samadokończyć tę sprawę.On był naukowcem, to on rozpoczął eksperyment,ale w tym doświadczeniu chodziło przecież o to, by umożliwić j ej, wła-śnie j ej, dotarcie do konkluzji.Po cichu zabrała zauważoną w nocy foto-grafię Ani i wyjęła ją z tandetnej oprawki.Zdjęcie zrobione, jak informo-wała pieczątka, w Seras.Upozowane, nieprawdziwe, światło zbyt ostre,poza nienaturalna, ale dla jej potrzeb zupełnie wystarczało.Przeszła dosypialni, gdzie Marianna Vogel ciągle spała na swoim łóżku.Wystarczyłojedno spojrzenie: nie mogło być żadnych wątpliwości, wcale ich zresztąnie miała.Ania była córką Marianny.Twarz matki była bardziej napięta,ściągnięta, jak gdyby policzki i czoło starały się zapanować nad lękiemmalującym się w dużych, ciemnych oczach, jednakże córka odziedziczyłatę samą urodę.Wróciwszy po chwili ze zdjęciem, o które jej chodziło, Anna przysia-dła na jednym z indiańskich koców i wpatrzyła się w obie fotografie ustawione jedna obok drugiej.Podobieństwo rzucało się w oczy.Dziew-czynka na koniu mogłaby być co prawda Anią, gdyby nie fakt, że zdjęciezrobiono ponad dwadzieścia lat temu; musiała to być zatem Marianna, tyleże była wtedy odrobinę starsza niż jej córka teraz.Poza tym, pomyślałaAnna patrząc na fotografię, nikt nie mógł wątpić, że niski, ciemnowłosymężczyzna jest ojcem dziewczynki.On był wyraznie dumny z tego, że onatak dzielnie siedzi na koniu, a ona wyraznie zadowolona z jego dumy.Co to mogło oznaczać? Anna czuła, jak jej serce bije gwałtownie, gdyżintuicja już wcześniej podsunęła jej odpowiedz, zmusiła się jednak doprzemyślenia wszystkiego starannie i powoli.Przesuwała palcem po foto-grafiach jak dziewczynka, która ucząc się czytać, wodzi nim po literach.W tej części pustyni zawsze był jakiś Vogel.%7łona Davida pożyczała odniego konie, wiadomo było o drugiej działce, niedaleko stąd, która należa-ła do niego.Marianna była córką tego mężczyzny.Kto jednak był ojcemjej dziecka? Anna wiedziała już, że właśnie to pytanie budzi trwogę Ma-rianny, przerażenie, które dostrzegli obydwoje.Czy to nie oczywiste?Vogel, którego Marianna uważała za swojego ojca, był też ojcem jej córki.Ojciec i kochanek byli jedną i tą samą osobą, dlatego też córka była zara-zem jej siostrą.Lecz tu właśnie kryło się sedno wszystkiego.Otóż w isto-cie wcale tak nie było.Nie mogło być.David miał całkowitą pewność, żemężczyzna, którego spotkał w Aberporth, nazywający sam siebie Sternem,nie był tym człowiekiem ze zdjęcia przedstawiającego kilkuletnią Marian-nę na koniu, z całą pewnością jej ojcem.Czy Vogel był Sternem czy teżStern Voglem, nie miało to żadnego znaczenia.Anna wiedziała teraz, żeod samego początku poszli złym tropem.Przemyślawszy już wszystko i całkowicie przekonana o trafnościwniosków, Anna nagle uświadomiła sobie, że nie wie właściwie, co robićdalej.Chciała pobiec i zbudzić Davida, by opowiedzieć mu o wszystkim,ale nie zrobiła tego.Coś ją powstrzymywało, jakaś subtelna bariera czę-ściowo związana ze szczególną naturą odkrycia, ale częściowo także zlogiką, która doprowadziła ją do rozwiązania.W końcu zabrała fotografie iposzła do sypialni.Marianna ciągle spała, wciąż pewnie płynąc w powo-dzi narkotycznych kolorów.To także stanowiło argument za tym, żebyczekać.Jedyne krzesło było małe i niziutkie krzesełko Ani.Usiadła nanim, ułożyła obie fotografie na kolanach.Myślała teraz tylko o jednym:jak ma obwieścić Mariannie zdumiewającą prawdę.W momencie gdy ciszę rozdarł przerazliwy krzyk, David znajdował sięna zewnątrz przyczepy.Wszystko jednak było w porządku; choć jeszczenie wiedział o tym, jego eksperyment zakończył się sukcesem i pozostałomu już jedynie odnotować rezultaty.Minęła już dziesiąta.Obudził się wypoczęty, odprężony, pomyślał, żeAnna wyszła na dwór.Wyszedł za nią i podobnie jak wtedy, gdy się obu-dził po raz pierwszy, napełnił wiadro świeżą wodą i sam się napił.Zajrzałza przyczepę, a kiedy wracał, zaczęło się.Wrzask przerażenia.Rozpaczy.Krzyk najbardziej przerażonego na świecie dziecka.Zamarł ze zgrozy, ale już w następnej chwili puścił się biegiem, choćwiedział, że to nie Anna.Kiedy wychodził, drzwi zatrzasnęły się za nim;kiedy po krótkiej szarpaninie dostał się do środka, było już po wszystkim
[ Pobierz całość w formacie PDF ]