[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Niewidoczne jeszcze słońce żarzyło sięna śnieżnym wierzchołku Pic del Teida.- Jun - dosłyszała dzwięczny głos Marcina - czy mógłbym trochę popatrzeć na to, co siędzieje u nas?- U nas?- To znaczy na szczycie.A potem chciałbym jeszcze zajrzeć do rodziców, do Między-zdrojów.- Dobrze.Agnieszka odwróciła się w stronę morza.Nareszcie zostanie zupełnie sama.Mimo woli spojrzała na niebo, szukając ptaków lecących odwiecznym szlakiem ponadoceanem, ptaków, które wciąż jeszcze spodziewają się spotkać na swej drodze zaginiony lądAtlantydy.Ale nawet o właściwej porze roku nie mogłaby ich dojrzeć za delikatną mgiełką spowi-jającą powierzchnię wody.Uczuła lekkie dotknięcie.Jun.I nagle zrozumiała, że czeka na niego przez cały czas.- Aju, otrzymałem znak z Atis.Będę musiał odlecieć.A kiedy milczała, nie mogąc wydobyć ze siebie ani słowa, mówił dalej:- Tak trudno mi sobie wyobrazić, że znajdę się znów na Atis i zobaczę Słońce jakogwiazdę na tle Warkocza Bereniki.Patrząc na nie będę zawsze myślał o tobie, o twoich wło-sach.Nigdy u nikogo nie widziałem równie pięknych.- Ona woła ciebie - wyszeptała z trudem Agnieszka - woła.czeka.- Myślisz o Aonie? Czeka na mnie, to prawda.Ale to nie ma żadnego znaczenia.Samazdecydowała o naszym rozstaniu.W ostatniej chwili cofnęła się przed lotem na BłękitnąPlanetę.Poleciałem sam.I wtedy rozminęliśmy się w czasie.Wczoraj widziałem ją po razostatni taką, jaką była dwanaście lat temu, w chwili mego odlotu.Kiedy się spotkamy, będzieode mnie starsza o przeszło dwadzieścia ziemskich lat.To zresztą nieważne.My nie znamytakiej starości jak Ziemianie.Mnie i Aonę rozdzielił cały wszechświat.Wrócę do was.Jestemtu potrzebny.Przywołają mnie głosy Ziemi.Agnieszka milczała.To straszne, że Jun znowu będzie leciał sam w czarnej międzygwiezdnej pustce.Zupełnie sam.Czy dogoni Juna jej wołanie, czy odnajdzie go pod obcym słońcem, na obcej planecie?Nawet jeśli on wróci po latach, to już nie do niej.Staną między nimi bezlitosneprzestrzeń i czas.Jakże nienawidziła  oceanu, który otaczał świat , oceanu, który budził w niej lęk, arównocześnie pociągał ku sobie, jak wówczas, kiedy wzbijała się w powietrze razem z Junem. - Boję się - szepnęła.- Czego się boisz, Aju?Głos Juna wymawiający jej imię brzmiał ciepło i serdecznie.- Przestrzeni i czasu - wyznała, zwracając się do niego jak do kogoś jedynego, ktomógłby ją wyzwolić z mroznego lęku.- Czemu, Aju? Powiedz.Chcę to usłyszeć.- Bo one rozdzielą nas, Jun.Na ekranie snuły się cienie ni to drzew, ni to węży.Aż Marcin poznał buki, płużące sięna szczycie.Obok nich zjawiły się czarne jodły wyciągające ku niebu potrzaskane wichurąkonary.Z niepokojem wypatrywał domu.I odetchnął widząc, że dom stoi nienaruszony, takisam, jakim go zostawili: szary, podobny do otaczających go skałek.Już chciał zawołać Juna i prosić go o Międzyzdroje, kiedy dostrzegł, że ktoś jest naszczycie.Jakiś chłopak, którego twarz osłaniał ogromny słomkowy kapelusz, pochylał się nadtrzymanym w ręku kawałkiem papieru.Skuternoga?Niestety, to był on.Marcin poznał jego długie nogi w farmerkach i koszulę w liliowepagody.Skuternoga trzymał w ręku mapę, szkic terenu, narysowany dla Marcina przezAgnieszkę.Dopiero teraz Marcin zrozumiał wszystko.To Skuternoga podsłuchał ich rozmowę,kryjąc się za krzakami otaczającymi wąwóz.To on krążył dokoła stacji, szukając sposobnościdostania się do mapy.I kiedy krzyczał po pijanemu:  Ja was znajdę, ja was zniszczę , miałjuż mapę w kieszeni.Chłopiec wtulił się w oparcie fotela.Przypomniał sobie, że zlekceważył nie tylko groz-by Skuternogi, nie tylko fakt, że mapa znikła z teczki, ale zataił przed Agnieszką ostrzeżenieAntka.Spoza kopulastego wzniesienia wysunęły się zaczerwienione twarze i po chwili na tra-wie rozłożyła się wrzaskliwa kompania Skuternogi, ta sama, która kiedyś spustoszyła spiżar-nię stacji  Pod Planetą.- Gdzieś ty nas zataszczył? - pytała wzgardliwie dziewczyna, ściągając z nóg pantofle [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl