[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.W pośrodku wznosił się pawilon pózniej zniesiony, w którym sprzedawano tak zwanechłodniki.Należało niemal do dobrego tonu wychodzić czasem na przechadzkę do SaskiegoOgrodu, tu się przemykał świat większy: elegantki, eleganci, cudzoziemcy, obcyambasadorowie i mnodzy wojskowi.Do póznej nocy bywało pełno, a niekiedy działy się tuhistorie tak skandaliczne jak owa oficera francuskiego pozbawionego zegarka, o którejkrążyły wiersze i karykatury.Umawiano się o spotkania w Saskim Ogrodzie, a cieniste alejesłyszały nieraz ciekawe rozmowy, patrzały na ciekawsze jeszcze sceny rozmiłowanychstarców, sceptycznych młodzików i zręcznych intrygantek.Nigdy mniej prawdziwej miłości nie było na świecie, nigdy więcej miłostek.Kochano się dla tonu, dla mody, dla zwyczaju, a prawdziwie przyzwoici ludzie musieli miećprzynajmniej trzy gatunki kochanek na raz jak trzy sukien garnitury od różnych pór i potrzebsercowych.Co innego znaczyła pani duszka, co innego przyjaciółka, co innego fantazyjna, coinnego znajomostka, a co innego faworyta.Biegli umieli te odcienia delikatne z wielkąrozróżniać trafnością.%7łony nie wchodziły w żadną rachubę, a mieniano je z taką łatwością, iż jednej z tychpięknych pań trafiało się spotykać w towarzystwach na raz z trzema mężami: zaprzeszłym,przeszłym i terazniejszym, nie licząc przyszłego.to wszystko było możliwe.Jest coś przerażającego w tej epoce, która zdaje się czuć instynktowo, że z nią kończy siężycie jeśli nie narodu, to tych, którzy go reprezentowali.Spieszy ona używać, nasycić sięjakim bądz kosztem, ubawić, jakby wiedziała, że po nich nastąpi.śmierć i grób.Takwygląda to społeczeństwo rozmiękłe, mimo szlachetnych instynktów osłabłe, prawiące opoświęceniu i cnocie, a praktykujące rozwiązłość i lekceważące grozbę nadciągającejprzyszłości.Ogród Saski służył naówczas za jedno z najgłówniejszych miejsc schadzek płci obojejodgrywającej komedię sercową.Tu też ciągnęli ci, którym brakło zajęcia, szukając jakiej opuszczonej Ariadny, by jej mogli ofiarować swe usługi.Tu się schodzili i prości, skromniwidzowie dla przypatrzenia się objawom tak zwanego życia wielkiego świata.Było to dlaWarszawy najulubieńszym wytchnieniem, najmilszą zabawką przebiec ten Ogród Saskizawsze pełen wytwornie, choć skromnie poubieranych pań i powabnych mężczyzn.W nimteż spotkało się owych kilku oryginałów należących do epoki albo wypadkami i przygodamiżycia lub strojem i obyczajem wyróżniającymi się z ogółu.Tłum nieraz z pełną poszanowaniaciekawością krążył za Janem Potockim, świeżo przybyłym z zagranicy, przebranym jeszczepo wschodniemu i ukazującym się zawsze w nieodstępnym towarzystwie grubego Turka iogromnego pudla.Pokazywano sobie z dala palcami panią Lullier, hrabinę Thomatis lubsławną Józię i Marysię.bo i te się o szarej godzinie po Ogrodzie przechadzały, a niezbywało im na dworze.W rannej godzinie, gdy dwaj młodzi bracia wchodzili do Ogrodu, był on jeszcze prawiepusty, kilka kobiet starannie zakwefionych przesuwało się bojazliwie ulicami bocznymi, kilkupanów skromnie przybranych krążyło tu i owdzie, jakby czatując na kogoś, i kilku starychwieśniaków, nawykłych do rannego wstawania, szukało tu cienia, zieloności i błogichprzypomnień rodzinnej wioski.Tu i owdzie przesuwał się mnich spiesznym krokiem, dlaskrócenia drogi przechodzący to miejsce osławione.Pusto było, cicho, spokojnie.ptaszki nawet, wiejskie wróble bezwstydne, natrętne, nieobawiające się ludzi i zdające się drwić z nich tylko, gwarzyły z niesłychanąszczebiotliwością, korzystając z chwilowej ciszy.- Jedyne to miejsce w Warszawie - rzekł kniaz Kurcewicz do Stefusia, którego ujął pod rękę -które lubię rankami nawiedzać.ale wcześniej niż dzisiaj.dziś, po tej przeklętej reducie,zaspałem przeciwko mojemu obyczajowi. Ale ja znajduję, że i teraz tu bardzo miło,. rzekł Stefan. Już to nie to co o piątej  westchnął Konstanty  o piątej ja tu jestem sam jedengospodarzem.Pawilon zamknięty, wszystko śpi, bo się pózno pokładło, pod kasztanami naławach żywego ducha.rosa na trawie.a w dali tylko brzmią dzwonki klasztorne.To miprzypomina naszego życia żywioł główny  wioskę, wioskę, z której my nie umieliśmybodaj tego uczynić, czym ona być by mogła  rajem!!Rzekł i westchnął. Hej, Stefusiu kochany  dodał po chwili  kiedy to my oba siądziemy pod starymilipami w niegdyś mojej Koriatówce?.czy ja ją odzyskam?.Mój Boże, mój Boże, a tamgrób ojca i matki.tam posiane po ścieżkach mojego dzieciństwa wspomnienia, tam sercemoje przyrosło. Widzisz, Konstanty  przerwał rzewnie Stefan  chciałeś odzyskać Koriatówkę, azyskałeś sobie nieprzyjaciół tylko.- Nie mów mi o dniu wczorajszym.Co się stało.darmo! nie powróci.Czuję, żem postąpiłpoczciwie, choć głupio, i zniosę za to karę.a teraz chodz ze mną na kawę.Stefan się zarumienił mocno, zawahał.- Ale prawdziwie - rzekł - bardzo ci dziękuję, jestem po śniadaniu, kawy nie lubię i pić niebędę.Konstanty mu w oczy spojrzał, rozśmiał się i po ramieniu poklepał.- Ja cię znam, ptaszku! - zawołał - myślisz, że już nie mam grosza w kieszeni i ostatni możechcę użyć po polsku na wspaniałomyślną gościnność.Otóż mylisz się, patrzaj - dodałwyjmując z kieszeni talara i dwa obcięte dukaty  patrz, licz i admiruj.dwa czerwone złotei bity talar. Skąd?  zapytał.Stefan. Od mego jeneralnego kasjera.pana Grzegorza Metlicy. Znowu pożyczone?  zawołał Stefan.  Ale cóż mam z nim robić! gdybym nie wziął, stary by płakał [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl