[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Uważane za tchórzli-we i niezdolne do wojny plemiona Shona zaatakowały swoichniedawnych obrońców, nie cofając się przed mordami i okru-cieństwem.Na pomoc! W ciągu dwóch tygodni wokół Salisbury za-mordowano stu dziewiętnastu kolonistów wraz z rodzinami,a przy tym w mieście przebywali jedynie starcy i dzieci, gdyżwiększość mężczyzn zdolnych do noszenia broni wyruszyłaz odsieczą.Tym samym stolica znalazła się w znacznie gor-szej sytuacji niż samo Bulawayo na początku konfliktu.I kiedypułkownik Plumer zamierzał oczyścić z nieprzyjaciela równieżThabas Imamba, gdzie ukrywał się Mlimo,  Syn boga groty",do Salisbury skierowano z pośpiechem dwustu pięćdziesięciużołnierzy należących do oddziałów pomocniczych z Gwelo.254 Jednocześnie do zagrożonego Mashonaland wezwano z Kra-ju Przylądowego kolejne posiłki.Dowodzący jednostkami re-gularnej armii pułkownik Alderson miał uderzyć przez Beira.Zanim jednak to nastąpiło, Salisbury musiało się bronić przedwrogiem własnymi siłami.Nowy kraj zapłonął od nienawiści tubylców u obu krań-ców, na zachodzie i na wschodzie.Siostry Patricia i Amica zostały natychmiast odwołanez Gwelo, zwłaszcza że sytuacja się uspokoiła, gdy działaniawojenne skoncentrowały się wokół Bulawayo.Kiedy po długiej i niebezpiecznej podróży, ochraniane je-dynie przez słabą eskortę, dotarły wreszcie do Salisbury, mu-siały towarzyszyć swoim wspólsiostrom do kolejnego więzie-nia, choć oblężone Gwelo wystarczająco długo trzymało jew zamknięciu.Obrona Salisbury skoncentrowała się wokół tejufortyfikowanej budowli, z daleka i z bliska ściągali do niejzdesperowani i zmęczeni uchodzcy.Trwoga, jaką mieszkańcy Bulawayo mieli za sobą, czekałajeszcze tych ze stolicy.W dystrykcie Mazoe napadnięto znie-nacka na poszukiwaczy złota oraz farmerów i wymordowanowszystkich.A co z ojcami na Chishawasha? Znalezli się w sa-mym oku tajfunu, czyżby miała się spełnić grozna zapowiedzKakubiego? Podjęte próby odsieczy zarzucono wkrótce jakobeznadziejne.Na sawannie roiło się od Mashona pod dowódz-twem wypróbowanych w boju indunas Matabele.Pozostawałojedno - czekać na pomoc, a za otoczonych w odległej o wielemil Krainie Małp zanosić ofiary i modlitwy.W swojej prostoduszności ojciec Richartz do końca niewierzył, że jeden z kacyków, z którym nie tak dawno zawarliporozumienie, obróci się przeciwko misjonarzom.Czyż nie255 zbudowano dla tubylców dwustu trzydziestu sześciu chat i tona opuszczonej niegdyś ziemi, która dopiero dzięki staraniombraci i ojców stała się bezpiecznym schronieniem?Zewsząd napływały alarmujące wieści - zabójstwa i prze-moc w całej okolicy.Lecz dopiero gdy brat Kury nie wrócił z Salisbury nawett:w sobotę, misjonarze nabrali podejrzeń.Jeszcze większy niepo-kój zapanował, gdy kilku zatroskanych farmerów z sąsiedztwapoprosiło o kwatery.Wtedy też ojciec Biehler, po raz pierw-szy odkąd prowadził szkołę na Loyola Farm, z ciężkim sercemiodesłał do domów swoich małych muzykantów okazujących oddłuższego czasu dziwne zaniepokojenie.Zaproponował też, żewczesnym rankiem pocwałuje do Salisbury.Około drugiej lubtrzeciej zamierzał być z powrotem, przynosząc jakieś wieści.Lęk? Uśmiechnął się: nie, przecież wszyscy wiedzieli, że cieszyłsię również względami rodziców chłopców z orkiestry dętej.Czyż nie byli dumni z muzykujących pociech?Aby się rozerwać, farmerzy zabrali się do gry w karty, alenie dało się ukryć nerwowych spojrzeń wędrujących raz po razna zegarki.Szybko spożyto lunch - a po nim nikt już nie miałochoty na grę.Schowano wygasłe fajki.Druga, trzecia, czwartagodzina - okolica wokół Chishawasha jak wymarła, droga doSalisbury pusta i cicha.Wreszcie ojciec Richartz nie wytrzymał.- Panowie, siodłamy!Przytaknęli.Już mieli wychodzić, gdy stanął przed nimi induna owinię-ty wełnianym kocem, chcąc się rozmówić z ojcem Richartzem,wysoki, muskularny mężczyzna, który wytargował od abafun-disi niejeden przydatny kawałek stali, nożyczki, noże i co tylkoużytecznego brało się z kuzni białych.Czy może uspokoić dobrego baba? Oczywiście, zdarzyło sięcoś w kopalniach, kilku nierozważnych, gorącokrwistych Se-256 suru zrobiło coś, czego nie powinni.Ale on - nie, on przybyłzapewnić dobrego mfundisi.Niepodejrzewający niczego ojciec Richartz już otwierałdrzwi, aby wpuścić przybysza do środka, gdy nagle z korytarzawyskoczył czarny cień, niczym błyskawica rzucił się na wodza,upadli na posadzkę i wtedy rozbrzmiał tryumfujący okrzyk Se-sango - udało mu się zabrać indunie ukryty pod kocem długi,ostry jak brzytwa nóż [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl