[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.W zupełnych ju\ ciemnościach doszli do pen-sjonatu i w końcu zalegli na szerokiej huśtawceogrodowej przy jednym ze stolików z widokiem nałąki.Cykady i \aby odprawiały swoje cowieczornemodły, rozmawiali więc półgłosem, by im nieprzeszkadzać.Marianna z nieco tępą miną popijała martini,zagapiona w mrok i własne myśli.Michał bawił sięjej włosami, ćmy leciały uparcie do ogrodowejlampy, a ona miała ochotę przeciągać się i mruczećjak kotka.Siedziała jednak cicho i nieruchomo,bojąc się spłoszyć tę chwilę.Czuła krą\ące w \y-łach martini, ale nie tylko.Radość, podniecenie,euforia - trudno jej było nazwać to uczucie spokoj-nego oczekiwania i spokojnej pewności, z jakimszykowała się do kolejnej nocy z Michałem.Jednowiedziała na pewno: je\eli wszystko, co jej sięprzydarzyło, miało ją doprowadzić w ramiona tegomę\czyzny, to warto było prze\yć te wszystkiegóry i doły.Co z tego, \e była to myśl banalna ipompatyczna, mo\e nawet nieco podlana martini,ale tak właśnie czuła.Aubudu! Trzasnęły drzwi do pomieszczeniabiurowego za barem.198- No, teraz ju\ musi zadziałać - rozległ się a\nazbyt dzwięczny głos faceta z kitką.- Bo jak nie,to wrócę do Warszawy i osobiście wsadzę to gów-no w dupę temu, kto mi to sprzedał - oświadczyłwojowniczo swojej towarzyszce.Idący za nim właściciel pensjonatu wzniósłoczy do nieba i z westchnieniem otworzył sobiepiwo.- Będzie bolało - mruknął Michał, oceniającrozmiary palmtopa.- Mnie ju\ boli - jęknęła Marianna na widokdzidzi-piernik w wersji wieczorowej.- Brakuje ju\tylko choinkowych światełek - dorzuciła, mimo \ewieki temu obiecała sobie zachowywać się lojalniewobec innych kobiet.Jakoś jednak nie umiała wykrzesać z siebie sio-strzanych uczuć wobec błyskającego bi\uteriąwampa, który nie raczył nawet zwrócić ku nimzabójczo podkreślonych czarnym tuszem oczu.Marianna musiałaby drugi raz się urodzić, by wogóle przyszło jej do głowy tak się przyozdobić.Wobecnym wcieleniu umiejętności starczyłoby jej conajwy\ej na wydziobanie sobie oka kredką do ma-kija\u.Na szczęście.Inaczej mogłoby się zdarzyć,\e zamiast siedzieć teraz spokojnie na huśtawce,musiałaby pomykać za kimś podobnym do właści-ciela palmtopa, potykając się w modnych wieczo-rowych adidasach na niebotycznych platformach.Michał zamówił jeszcze dwa martini i z wes-tchnieniem ulgi objął Mariannę ramieniem.- Pijemy i idziemy? - zapytał.- Gdzie? - przestraszyła się Marianna.- Nogimi ju\ wlazły w szyję od tych spacerów.- Chyba w co innego - roześmiał się Michał.- Mnie wlazły w szyję - zaprotestowała Ma-rianna.199- Nogi do szyi to masz od zawsze.Sam pamię-tam, jak je kontemplowałem na spotkaniu z Her-bertem.- Ty to nazywasz kontemplowaniem? Gapiłeśsię jak sroka w gnat - parsknęła śmiechem Marian-na.- A wiesz, \e w liceum nazywali mnie Głowo-nóg?- Bo gówniarze nie wiedzieli, co dobre.- Jacy gówniarze, byłam w \eńskiej klasie.- To wszystko tłumaczy.Po prostu ci zazdro-ściły.W końcu zdecydowali się odkleić od huśtawki iruszyli objęci w stronę pokoju.Podczas wspólnej wieczornej krzątaniny w sy-pialni Marianna uśmiechała się do swoich myśli.Czuła się tak, jakby po raz tysięczny szykowali sięrazem do snu.Czy to takie straszne, \e odwa\yłasię pomyśleć, jak pięknie byłoby doznawać takiegospokoju i intymności co wieczór?Zaledwie zdą\yli zgasić światło i przytulić siędo siebie, kiedy poprzez szum wody przebił siędonośny męski głos.- Buch - jak gorąco! Uch - jak gorąco! Puff -jak gorąco! Uff - jak gorąco!- Nie wystarczy dodać trochę zimnej? - zdziwiłsię Michał.- Aleś ty niewykształcony! To nie jest informa-cja, tylko recytacja - wyjaśniła Marianna.- Ja? Niewykształcony? Czy ja cię pytam, co tojest rachunek ró\niczkowy? - obruszył się Michał.- Nagle - gwizd! Nagle - świst! - dobiegło ichtak, jakby facet wrzeszczał z końca ich łó\ka, a niezza ściany, pewnie dlatego, \e ucichł szum wody.- Bo\e, czy to jest to, co myślę? - jęknął Mi-chał.Dusząca się ze śmiechu Marianna zdołała jedyniepokiwać głową, a potem dodała półgłosem:- Para - buch! Koła - w ruch!200- Nie strasz mnie - szepnął Michał z taką trwo-gą, \e musiała się znowu roześmiać.- I biegu przyspiesza, i gna coraz prędzej, idudni, i stuka, łomoce i pędzi! - dobiegło zza ścia-ny, a ostatnim słowom towarzyszył odgłos sprę\ynuginających się pod słusznym cię\arem.- Uhuuuu, uhuuuu - odezwał się nadspodziewa-nie silny damski głos.- A to co? - zaniepokoił się Michał.- Zajezdnia - mruknęła Marianna, zapalająclampkę przy łó\ku.Nastąpiła chwila niepokojącej ciszy i znowujęknęły sprę\yny.Po chwili do odgłosu pracują-cych sprę\yn doszedł rytmiczny stukot ramy łó\kao jakiś mebel.Najpierw powoli, jak \ółw, ocię\a-le.- No fajnie
[ Pobierz całość w formacie PDF ]