[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Joseph stara się nie pokazać, jak jest wstrząśnięty.- Człowieku - mówi cicho - powieszą was za to.Macie coś na swoją obronę?Hitchcomb zaprzecza ruchem głowy.- Nie.W samej rzeczy, nie mam.Próżno by u mnie szukać upadającej farmy, głodującychdzieci, chorej matki czy takich tam sentymentalnych powodów.Kaprys, powiedziałbymraczej.- Dla kaprysu zabiliście trzech łudzi?Rewolwerowiec prostuje się i mimo iż siedzi na pryczy, nagle zdaje się Barlowowi owiele większy, potężniejszy od niego, od każdego człowieka w areszcie, od wszystkichmieszkańców High Hill niemalże.- Dla kaprysu zabiłem znacznie więcej osób, szeryfie.O wiele więcej.Tak, myśli Joe.Nie wątpię.O Boże, wcale nie wątpię.Tylko dlaczego, na ChrystusaKróla, tak beztrosko się do tego przyznaje?- A łup? Gdzie go ukryliście? - pyta, nie spodziewając się odpowiedzi.- Pieniądze? - Więzień unosi brwi w wyrazie zdziwienia.- Są przy siodle.Razem zestrzelbą, kocem i moimi rzeczami.Nie sprawdził pan moich rzeczy, szeryfie?Przypuszczałem, że już wszystko znalezliście.Zaopiekuje się pan moim koniem, prawda? Todobry wierzchowiec.Posłuszny i wierny.Nazywam go Flame, bo jest rudy jak ogień.Niemogę go zabrać ze sobą, tam gdzie mnie posyłacie.On mówi o swojej śmierci, tak jakby już stała się faktem, zdumiewa się Joseph.Z tąstraszną obojętnością szaleńca, która przecież zdaje się nie mieć nic wspólnego z obłędem.- Barlow! Barlow! - jęczy znów ten głos z sąsiedniej celi.- Niech mnie pan wypuści, namiłość boską! Ja z nim siedział nie będę w jednym pierdlu! Nie będę z tym diabłempiekielnym! On nie ludz jest, przysięgam ja na słodkiego Jezusa! Taki łudz z niego jak z tegoHeroda czy inszego Belzububa, co przed nim pastor ostrzegał! Pan się zlituje, szeryfie! Niechja skonam, jak będę tu z nim siedział! Toż on nam wszystkim gardła galancie podetnie, zanimzdążymy amen zawołać!- Zamknijże się, Burns! Do kogo mówiłem, człowieku! - wrzeszczy Zack, szczęśliwy, żemoże się wykazać.- Dobrze już, Clayton - ucisza go Joseph.- A ty od kiedy się taki religijny zrobiłeś,Burns?- Jakby pan tu z tym diabłem siedział, to tyż by się modlił, a jakże! - pada odpowiedz.Szeryf odwraca się, rzuca spojrzenie do sąsiedniej celi i widzi ryżawego, chudegowyrostka skulonego pod ścianą, z twarzą wykrzywioną mieszaniną strachu i zadziorności.Który to z nich, tych Burnsów, zastanawia się.Clay? Henry? Bob? Nie, chyba Tom.Siedzi już dwie doby za bójkę i kradzież.I posiedzi jeszcze ze trzy, bo tym razem nie dam siętak łatwo ułagodzić.Ci Burnsowie są gorsi niż sfora psów, niż Negry.Muszę im dać nauczkę,zanim mi całkiem opanują miasto.- A co on ci niby zrobił, Tom, co?- Co zrobił? - Chłopak aż sapie z oburzenia i zgrozy.- On mnie śmierci życzył! A te gałytylko mu świciły jasnym ogniem, jak u czarta, przysięgam.Powiedział, że mnie nie więcej jaktrzy lata po tej ziemi przyjdzie chodzić, aż mnie powieszą na suchym drzewie za kradzież iochwacenie ulubionego konia takiego jednego z Georgville! Tak mnie gadał z tą mordą bladąi gałami jak u diabla! Niech mnie matka rodzona wyklnie, niech no ja czarnuch będę, jeśliłżę!- Uspokój się, Burns - mówi Joe, w sumie zadowolony, że może już jakoś przerwać,zakończyć bez dalszych klęsk tę rozmowę, to niby przesłuchanie mordercy.- Jeśli myślisz, żecię wypuszczę przed czasem, jeśli będziesz tak błaznował, to się grubo mylisz.Lepiej siedzcicho albo dołożę ci jeszcze dobę aresztu.- Dobry Jezu, pan to taki nieużyty jest, szeryfie! A ten tam to czort jakiś! Przysięgam, nona Boga przysięgam! Bo kto to słyszał, żeby komu takie rzeczy gadać!Barlow wzdycha.- Straszyliście tego dzieciaka, Hitchcomb? Groziliście mu?Rewolwerowiec wzrusza ramionami.- Po co? Darł ryj, spać nie dawał, to mu się kazałem zamknąć i tyle.- Aże! No łże, suczy syn! Zmierć mi wróżył na stryczku, bękart jeden! - wrzeszczy na toBurns
[ Pobierz całość w formacie PDF ]