[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Pierwszy cios trafił w prawą nogęprosiaka, który zakwiczał rozpaczliwie.- Już go masz, Vitus!- Wykończ go, jutro będzie co jeść!.Kwiczący prosiak stał się znakomitym celem, toteż Dustin skoczył w jego stronę.Zamierzył się z całej siły, sztylet jednak osunął się po boku zwierzęcia i z miękkimplaśnięciem wszedł po rękojeść w brzuch Vitusa.Duńczyk cicho jęknął i szarpnął się, jeszczebardziej rozdzierając ranę.Teraz w gospodzie rozlegał się tylko kwik prosięcia.- Odłóż nóż, Dustin, załatwiłeś go - rozkazał jeden z Anglików.Otoczyli woznicę,zdjęli mu opaskę z oczu i odcięli powróz.Duńscy woznice bez słowa szybko wyprowadzili towarzysza, nie czekając na reakcjęAnglików i wezwanie ludzi szeryfa.Balwierz westchnął.- Chodzmy do niego, jesteśmy balwierze, możemy mu pomóc - powiedział.Ale widać było, że pomóc mogą już niewiele.Vitus leżał na plecach jak przełamany,oczy wyszły mu na wierzch, twarz poszarzała.W rozpłatanym brzuchu widać było przecięteniemal na pół jelito. Balwierz wziął Roba za rękę i pociągnął go, by kucnął obok.- Popatrz na to - rozkazał.Widoczne były warstwy ciała: opalona skóra, blade mięso i jakaś śluzowata miękkaotoczka, jelito różowe jak farbowane wielkanocne jajko i bardzo czerwona krew.- Dziwne, ale rozpłatany człowiek śmierdzi dużo gorzej niż rozdęte zwierzę -stwierdził Balwierz.Z otrzewnej sączyła się krew, a z przeciętego jelita trysnęła nagle masa kału.Vitusmówił coś słabym głosem po duńsku, może się modlił.Robowi zrobiło się niedobrze, lecz Balwierz przytrzymał go przy leżącym jak ktoś,kto nurza nos szczeniaka w jego własnych odchodach.Rob ujął dłoń woznicy.Zupełnie jakbydotknął worka piasku z dziurawym dnem.Poczuł wyciekające życie.Siedział w kucki obok Duńczyka i mocno trzymał go za rękę, póki w worku niezostało ni ziarenko piasku, a dusza Vitusa zaszeleściła jak uschły liść i po prostu uleciała.Nadal ćwiczyli posługiwanie się bronią, teraz jednak Rob działał z większymnamysłem i już bez takiego zapału.Więcej czasu poświęcał rozmyślaniom o swoim darze,przypatrywał się Balwierzowi, słuchał go i przejmował całą jego wiedzę.Kiedy już poznał choroby i ich objawy, zaczął się w sekrecie zabawiać zgadywaniemz wyglądu pacjentów, co im dolega.W Richmond, w Northumbrii, zobaczyli w kolejce do badania jakiegoś wynędzniałegomężczyznę o mętnych oczach, dręczonego suchym kaszlem.- Co dolega temu? - zapytał Balwierz.- Najpewniej suchoty?Balwierz uśmiechnął się z aprobatą.Gdy jednak na kaszlącego przyszła kolej stanąć przed Balwierzem i Rob wziął go zarękę wprowadzając za zasłonę, nie było to dotknięcie człowieka umierającego.Dar Robamówił, że ten człowiek jest za silny jak na suchotnika.Wyczuł, że to przeziębienie,przemijająca dolegliwość, i mężczyzna wkrótce wyjdzie z tej choroby.Nie widział powodu,by zaprzeczać Balwierzowi, ale przy tej okazji sobie uświadomił, że jego dar służy nie tylkodo przepowiadania śmierci, lecz może być przydatny również w określaniu choroby ipomagać żywym.Incitatus powoli ciągnął czerwony wóz na północ przez całą Anglię, z wioski dowioski, czasem zbyt małej, by nosić nazwę.Kiedy natrafili na klasztor lub kościół.Balwierzcierpliwie czekał w wozie, podczas gdy Rob pytał o ojca Ranalda Lovella i chłopcanazwiskiem William Cole.Niestety, nigdzie nikt o nich nie słyszał. Gdzieś między Carlisle a Newcastleupontyne Rob wdrapał się na kamienny murwzniesiony dziewięćset lat wcześniej przez kohorty Hadriana dla obrony Anglii przedszkockimi maruderami.Siedząc w Anglii i patrząc na Szkocję, powiedział sobie, żenajprędzej znajdzie któreś z rodzeństwa w Salisbury, dokąd Haverhillowie zabrali jegosiostrę, Annę Mary.Kiedy na koniec przybyli do Salisbury, w cechu piekarzy odprawiono ich krótko.Starszym cechu był piekarz nazwiskiem Cummings.Przysadzisty i podobny do żaby, jużsamą tuszą wystarczająco rekomendował swoje wypieki.- Nie znam żadnych Haverhillów - powiedział.- Nie poszukalibyście ich w rejestrach?- Słuchajcie no, jest jarmark, większość towarzyszy cechowych bierze w nim udział.Jesteśmy teraz zajęci i nie mamy do niczego głowy.Musicie przyjść po jarmarku.Przez czas trwania jarmarku Rob pół serca tylko wkładał w żonglerkę, rysowanie ipomoc przy leczeniu pacjentów, nieustannie wypatrując znajomej twarzy, bodaj śladu tejdziewczynki, na jaką, jak sobie wyobrażał, Annę Mary już wyrosła.Niestety, nie udało mu się jej wypatrzyć.W dzień po jarmarku wrócił do domu cechowego piekarzy w Salisbury.Dom byłschludny i ładny i mimo zdenerwowania zastanowiło Roba, dlaczego domy innych cechówzawsze są zbudowane solidniej niż domy cechu cieśli.- Ach, to nasz młody balwierz.- Cummings przywitał go uprzejmiej i teraz byłbardziej opanowany.Przejrzawszy dokładnie dwa grube rejestry, pokręcił głową.- Nigdy niemieliśmy piekarza nazwiskiem Haverhill.- Sprzedali piekarnię w Londynie mówiąc, że jadą tutaj - powiedział Rob.- Mieli zesobą małą dziewczynkę, moją siostrę.Na imię jej Annę Mary.- To jasne, co się stało, młody felczerze.Zanim dotarli tutaj, znalezli coś lepszego,dowiedzieli się, że gdzieś bardziej potrzebują piekarza.- Tak.Tak być mogło.Podziękował Cummingsowi i wrócił do wozu.Widać było, że Balwierz się zmartwił, starał się go jednak pocieszyć:- Nie wolno ci tracić nadziei.Zobaczysz, któregoś dnia ich odnajdziesz.Wyglądało jednak na to, że zarówno żywych, jak umarłych pochłonęła ziemia.Taresztka nadziei, jakiej dotąd nie pozwalał zgasnąć, wydała mu się teraz głupotą, czuł, że jegorodzina: naprawdę przepadła, i musiał się z tym pogodzić, chociaż chłód  ściskał mu serce namyśl, że cokolwiek go czeka, ze wszystkim: będzie musiał zmierzyć się samotnie [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl