[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Po podniesieniu wieczka wciągało się w nozdrza zapacharomatycznego cedru i delikatną woń kubańskich liści.Panna Burnham wprowadziła wkrótce nowy zwyczaj: wszys-cy chłopcy po kolei mieli obowiązek przychodzić wcześniejdo szkoły, żeby wyrzucić popiół i nanieść drew na opał.Wżyciu Szamana  choć on nie myślał o tym w takichkategoriach  dokonał się ogromny przełom dzięki temu, żepan Marshall Byers nie umiał się powstrzymać od dotykaniapiersi dorastających dziewcząt.Był mrozny początek marca.Prerię skuwała lodowa okowa.Wpoczekalni doktora Cole'a każdego rana tłoczyli się pacjenci;po godzinach przyjęć Rob zmuszał się zaś do odbycia tyludomowych wizyt, ile się tylko dało, za kilka tygodni bowiemroztopy miały zmienić podróże w drogę przez błotną mękę.W dni wolne od nauki zabierał ze sobą Szamana.Syn doglądałkonia, a ojciec spieszył do pacjenta.Pewnego póznego, ciemnego jak ołów popołudnia wracalidrogą wzdłuż rzeki od Freddy'ego Walla, który cierpiał nazapalenie opłucnej.Rob J.zastanawiał się właśnie, czywstąpić240jeszcze do Annę Frazier, która całą zimę przekwękała, czyodłożyć tę wizytę do następnego dnia, gdy spomiędzy drzewwyjechało trzech mężczyzn na koniach.Choć podobnie jakobaj Cole'owie, byli szczelnie okutani przed mrozem, Rob J.zauważył, że wszyscy mają broń po dwa rewolweryzatknięte za pasy opinające ich grubaśne przyodziewki, trzeciw olstrach przy siodle. Pan jest lekarzem, nie? Rob J.przytaknął. A kim wy jesteście? Jeden nasz znajomy potrzebuje na gwałt doktora.Miałmały wypadek. Jaki wypadek? Coś sobie złamał? Nie.Chyba nie, ale na pewno nie wiemy.Został po-strzelony.Tu  mówiący dotknął lewego ramienia poniżejbarku. Bardzo krwawi? Nie za bardzo. Dobrze, przyjadę, tylko syna odwiozę do domu. Nic z tego  burknął tamten, a Rob J.przyjrzał mu siębaczniej. Wiemy, gdzie pan mieszka, po drugiej stroniemiasteczka, a do naszego przyjaciela kawał drogi.W tęstronę. Daleko? Z godzinę jazdy.Rob J.westchnął. Prowadzcie.Przodem ruszył ten, który z nim rozmawiał.Nie uszło uwagiRoba J., że dwaj pozostali zaczekali, póki nie podąży zaprzewodnikiem, i dopiero wtedy ruszyli za nim w niejakiejodległości, odcinając mu odwrót.Początkowo  był tego pewien  zmierzali na północnyzachód.Zorientował się potem, że co jakiś czas zawracają ikluczą, jak czyni tropiony lis.Strategia okazała się skuteczna,bo wkrótce całkiem się pogubił i stracił poczucie kierunku.Pojakiejś półgodzinie wjechali w pasmo lesistych wzgórz, ciąg-nących się między prerią a rzeką.Między wzgórzami rozpo-ścierały się trzęsawiska, przejezdne, gdyż skute lodem,dopiero roztopy miały je zamienić w niedostępne błotne fosy.Przewodnik się zatrzymał. Teraz musimy zawiązać wam oczy.241Rob J.nie zamierzał protestować. Chwileczkę  powiedział i zwrócił się do Szamana:  Cipanowie zawiążą ci teraz oczy, synku, ale niczego się nie bój  uprzedził go, konstatując z radością, że chłopiec kiwagłową.Bandzior, który zawiązywał mu oczy, nie był zbyt czysty.RobJ.miał nadzieję, że Szaman ma więcej szczęścia, wstrętembowiem napawała go myśl, że ten śmierdzący potem,oblepiony zaschniętymi smarkami drab miałby dotykać jegosyna.Poprowadzili jego konia za uzdę.Wydawało mu się, że jechalidługo wśród wzgórz, ale możliwe też, że gdy ma się zawiązaneoczy, czas płynie wolniej.W końcu poczuł, że wierzchowieczaczyna piąć się pod górę i wkrótce przystanęli.Gdy zdjętomu opaskę, ujrzał przed sobą jakąś szopę pod wielkimidrzewami, raczej szałas niż chatę.Zmierzchało już, dziękiczemu ich oczy szybko przywykały do światła.Szamanmrugał powiekami. Dobrze się czujesz, synku? Dobrze, tato.Znał twarz syna.Przyjrzawszy się jej teraz stwierdził, żeSzaman, który był dzieckiem wrażliwym, jest niezlewystraszony.Kiedy wszakże zatupawszy nogami, by pobudzićkrążenie krwi, weszli do szopy, stwierdził z rozbawieniem, żew oczach chłopca czai się nie tylko lęk, ale i ciekawość.Złybył na siebie, że nie znalazł jakiegoś sposobu zostawienia gogdzieś, ochronienia przed niebezpieczeństwem.W szopie żarzyły się na palenisku węgle, w nagrzanympowietrzu wisiał smród.Nie było tam żadnych sprzętów.Napodłodze, oparty o siodło, leżał gruby mężczyzna.Był łysy,Szaman dojrzał jednak w blasku ognia, że twarz mazarośniętą bujniej szczeciną szorstką i czarną niż większośćmężczyzn głowę.Skotłowane na ziemi koce wskazywałylegowiska pozostałych mężczyzn. Długoście się guzdrali  burknął grubas.Z trzymanego wgarści czarnego dzbana pociągnął łyk i zakasłał. Nie marudzilim  odrzekł posępnie ten, który jechałprzodem.Kiedy odwinął szal, Szaman stwierdził, że ma małąsiwą bródkę; wyglądał starzej od swoich kompanów.Położyłrękę na ramieniu chłopca i przygniótł go do ziemi. Siad  warknął jak do psa.242Szaman kucnął w pobliżu ognia.Był rad, że przypadło mu towłaśnie miejsce, mógł zeń bowiem widzieć zarówno usta ran-nego, jak i ojca.Starszy mężczyzna wyjął z kabury rewolwer i wycelował wchłopca. Lepiej dla ciebie, żebyś wyleczył naszego przyjaciela jaksię patrzy, doktorze.Szaman struchlał ze strachu.Otwór w lufie wpatrywał się wniego jak nie mrugające powieką okrągłe oko. Pod grozbą pistoletu nie ruszę nawet palcem  oświadczyłjego ojciec leżącemu na podłodze mężczyznie. Ten zdawał się namyślać. Wynoście się  rozkazał na koniec kompanom. Zanim wyjdziecie  zwrócił się do nich Rob J.nanieście drew, rozpalcie ogień i zagotujcie wodę.Macie tumoże jakąś drugą lampę? Jest latarnia  burknął ten starszawy. Przynieście ją. Rob dotknął czoła grubasa, rozpiął irozchylił mu koszulę na piersiach. Kiedy to się stało? Wczoraj rano. Ranny łypnął spod ciężkich powiek naSzamana. Pana chłopak  stwierdził. Mój młodszy syn. Ten głuchy. Wygląda na to, że zna pan moją rodzinę.Tamtenprzytaknął [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl