[ Pobierz całość w formacie PDF ]
. Już dobrze, Delilah.Wez głęboki oddech.Robię, o co prosi, ale nie odrywam oczu od książki na stoliku za jego plecami.%7łarzy sięna brzegach jak węgiel. Zawołam twoją mamę, niech przyjdzie do nas na koniec proponuje doktor Ducharme. Dobrze się czujesz?Kiwam głową.W chwili gdy wychodzi z gabinetu, książka staje w płomieniach.Jezus Maria.Aapię kurtkę i posługując się nią jak wielką rękawicą kuchenną, porywamksiążkę ze stołu i wrzucam ją do akwarium.Dwa ustniki czmychają z drogi, kiedy z sykiemopada na dno wysypane kamykami z plastiku.Z rozbawieniem uświadamiam sobie, że uratowałam księcia zamiast on mnie.Książka ocieka wodą, więc przytrzymuję ją nad akwarium i otwieram na stronieczterdziestej trzeciej.Oliver jest cały i zdrowy, tylko nieco przemoczony.Pamiętam, jak kapnęłyna niego moje łzy: dzieląca nas bariera nie jest wodoszczelna. Co ty próbowałeś zrobić? Zabić się? wrzeszczę. Właśnie. Wyjmuje nóż z zębów, aby swobodnie ze mną rozmawiać. Chciałemudowodnić pewną teorię. %7łe puścisz z dymem gabinet? Jaki gabinet? Gdzie ty w ogóle jesteś? I dlaczego jestem przemoczony do majtek? To długa historia& Nagle docierają do mnie jego słowa. Chcia& chciałeś umrzeć? Nie& Chcę się stąd wydostać.Lecz bez względu na zmiany, zawsze wszystko wracado normy.Sam widziałem.Trupy wstają z martwych, stodoły się naprawiają.Po co wypisywaćsię z książki, jeśli prędzej czy pózniej i tak tam trafię? Przypominam sobie tekst, który zmienił się na moich oczach. Czekaj. Zaglądam na stronę, gdzie walczy ze smokiem.Tekst wygląda jak dawniej.Pospiesznie wracam na stronę czterdziestą trzecią, tam możemy rozmawiać bezświadków. Masz rację oświadczam. Jasne.Przecież nie spłonąłem. Wącha rękawy tuniki. I nie śmierdzę dymem.Obawiam się, że jestem z góry na straconej pozycji, Delilah.Nic z tej bajki nie ma szansna wydostanie się poza jej ramy.Myślę o wodzie, która przesiąkła na drugą stronę, jednak w obu przypadkach była towoda z mojego świata, jakby przewód działał tylko w jedną stronę.Eksperyment z pająkiemzakończył się fiaskiem.Ale coś jednak się wymknęło. Oliverze.Jesteś w błędzie.Podnosi na mnie wzrok. Jak to? Czyżbyś wbiegając w ogień, trzymał w ręku książkę Rapskullia? Owszem. Cóż, to pewnie dlatego.Kiedy się zapaliła dodaję ten sam los spotkał moją książkę.I nie były to słowa ogień ani pożoga wypisane na okładce, tylko prawdziwy płomień.Robi wielkie oczy. Czyli& Tak. Wybucham śmiechem. Udało ci się! Co się komu udało? Mama stoi w progu gabinetu doktora Ducharme a.Oboje patrząze zdumieniem, jak stoję przed akwarium i gadam do otwartej książki. Uhm& ja& chciałam udowodnić pewną teorię zapożyczam słowa Olivera. Uczymysię na biologii, że& uhm& ryby mają zdolność rozpoznawania słowa pisanego. Zamykamksiążkę, owijam ją kurtką i tulę do piersi.Zostawia mi mokrą plamę na bluzce.Jeśli psychiatra dotąd nie uważał mnie za wariatkę, czytanie rybkom przelewa czarę.Tymrazem się nie wywinę. To co? mówię dziarsko. W przyszłym tygodniu o tej samej porze? STRONA 40Było to swoistą kulminacją jego życiorysu: stał oko w oko z potworem, który zabrał muojca.Czerwone łuski smoka migotały w promieniach słońca.Oczy miał czarne jak serceczłowieka, który go namalował.Szponiastymi łapami czepiał się nagiej skały Przylądka.Narazwygiął długą szyję, zaczerpnął tchu i wypuścił z paszczy słup ognia.Serce zabiło Oliverowi mocniej.Stał tak blisko smoka, że swąd drażnił mu nozdrza.Czułna języku smak ryzyka, którego dotąd nie zaznał i skrzętnie unikał od kołyski.Raz jeszcze naszłago znajoma myśl, o czym król Maurycy dumał w tej samej chwili.Czy stał niewzruszony jakskała, bez strachu dobył miecz i ruszył ku pewnej śmierci? Czy pomyślał na koniec o ukochanejżonie? O synu, którego nie dane mu poznać?No to klops, pomyślał Oliver.Sięgnął po kompas zawieszony na szyi.Kołatała mu myśl, by zawrócić i uciec, alezacisnąwszy palce na dysku, wyobraził sobie ojca, który przed laty stał jak on, z tym samymkompasem w dłoni.Nie przyniesie mu wstydu.Zmierzy się ze strachem, miast paść jego ofiarą.I wsunął kompas z powrotem za koszulę.Może nie umiał władać mieczem jak ojciec, a odwagą nie był inspiracją dla wieszczówi bajarzy.Ale bitwy można toczyć inaczej. Czekaj! krzyknął Oliver. Nie przybyłem z tobą walczyć.Chcę pomóc!Smok natarł na niego i ryknął.%7łar osmalił Oliverowi włosy na skroni.Książę przypomniał sobie bajkę, którą w dzieciństwie matka czytała mu na dobranoc. Ojej rzucił łagodnym tonem. Jakie ty masz duże zęby.Smok z dumą błysnął przerośniętym zgryzem, aż iskry śmignęły Oliverowi przed nosem.Ale książę, miast przystąpić do odwrotu, tylko zmarszczył brwi. Hm rzekł z namysłem. Nic dziwnego, że tak cię boli.Smok, który chciał zdzielić go ogonem, lekko zdębiał. Słuchaj, nie ma co się wstydzić, nie każdy lubi dentystę.Pyro zionął i drzewo na lewo od Olivera poszło z dymem. Gadaj zdrów ostudził go książę. Masz czy nie masz dymnego posmaku w ustach?Smok zamrugał. Typowe.Cierpisz na smoliozę pospolitą, mój drogi.Nieleczona może prowadzićdo łuszczycy, obłożonego jęzora, plucia ogniem&Z każdym wymienionym objawem smok cofał się o krok i wybałuszał oczy. & i przedwczesnej śmierci.Pyro przysiadł na zadzie i zatrzasnął paszczę. Na twoje szczęście, znam się trochę na ortodoncji. Oliver zbliżył się o krok. Zamknij oczy i szeroko otwórz buzię.Smok powoli, czujnie rozwarł ogromne szczęki.Tutaj poległ jego ojciec.Wstrzymując oddech, Oliver ostrożnie wszedł na gąbczastyjęzyk potwora
[ Pobierz całość w formacie PDF ]