[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.No i zobaczył ją.67RSGdyby jej nie ujrzał, nigdy by nie stał tak długo na podjezdzie.I nieodjechałby tak nagle.Pózniej musiał napoić konia.No i z pewnością nie stałby na widoku - jak tarcza strzelnicza - kołopoidła.Tam właśnie zaatakowano go od tyłu.- Wiązać go! - rozkazał jakiś gruby głos.Po tych słowach Jack sprężył się do walki.Człowiek żyjącyustawicznie w cieniu szubienicy zawsze jest przygotowany na to, żeusłyszy taką komendę.Było bez znaczenia, że nie widział atakujących.Ze nie miał pojęcia,kim są i czemu go zaatakowali.Walczył, ile sił.A walczyć potrafił;zarówno czysto, jak i podstępnie.Tylko że przeciwników było co najmniejtrzech.Zdołał więc zaledwie wymierzyć dwa porządne ciosy -i leżał jużtwarzą do ziemi, z rękoma skrępowanymi na plecach.To nie był postronek.Prawdę mówiąc, takie to było miękkie, jakbygo wiązali jedwabną szarfą.- Bardzo mi przykro - wymamrotał jeden z napastników.Niesamowite! Ludziom tego pokroju rzadko przychodzi do głowy, żenależy przeprosić ofiarę, którą właśnie obezwładnili.- Nic nie szkodzi, to drobiazg - odparł Jack i przeklął się w duchu zaswoją arogancję.I cóż mu z tego przyszło? Tylko tyle, że miał teraz gardło pełnekurzu i paprochów z worka.- Tędy! - odezwał się znowu ktoś, pomagając mu wstać.Jack niemiał innego wyjścia jak pójść, dokąd mu kazano.- Jeśli pan łaskaw - dodał gruby głos.Ten sam, który polecił gozwiązać.68RS- Mógłbym się dowiedzieć, dokąd mnie prowadzicie? - spytał Jack.W odpowiedzi usłyszał jakieś niepewne mamrotanie.To byłypachołki wykonujące rozkazy.Tacy nigdy nie znają odpowiedzi na ważnepytania.- Noga w górę, jeśli łaska.Zanim Jack zdążył wypełnić polecenie albo choćby spytać: Coproszę?!", podniesiono go do góry - i wylądował w.tak, z pewnością wewnętrzu powozu.- Posadzcie go na siedzeniu - warknął jakiś głos.Poznał od razu.Tomówiła księżna.Jego babka.No cóż.przynajmniej nie wiozą go prosto na szubienicę.- Pewnie nikt się nie zatroszczył o mojego konia? - odezwał się Jack.- Niech tam kto zajmie się koniem - burknęła niecierpliwie księżna.Jack usadowił się na siedzeniu.Nie poszło to łatwo, zwłaszcza że byłzwiązany i miał na głowie worek.- Rąk mi pewnie nie rozwiążecie, co? - spróbował jeszcze raz.- Taka głupia nie jestem - odparła starsza dama.- Istotnie - odparł.- Nie jest pani głupia.Piękność i głupota nie takczęsto chodzą w parze, jakby człowiek tego pragnął.- Przykro mi, że tak cię potraktowałam - odparła - ale niepozostawiłeś mi innego wyjścia.- Rozumiem, nie miała pani wyboru - rozważał na głos Jack.- Tak,oczywiście.To dlatego że wystrzegałem się pani pazurków.aż do dzisiaj.- Gdybyś zamierzał złożyć mi wizytę - rzuciła ostro - nie odjechałbyśdziś po południu spod zamku.Jack uśmiechnął się ironicznie.69RS- A więc powiedziała pani o tym.Nie wiedzieć czemu łudził się, że dziewczyna nikomu o tym niepowie.- Kto, panna Eversleigh?A więc tak się nazywa.- Nie miała innego wyjścia - rzuciła księżna niedbałym tonem, jakbynie zwykła brać pod uwagę życzeń panny Eversleigh.I wówczas Jack poczuł, że coś obok niego lekko się poruszyło.Izaszeleściło.Była tu! Nieuchwytna panna Eversleigh.Milcząca panna Eversleigh.Cudowna panna Eversleigh.- Zdejmijcie mu to z głowy! - usłyszał kolejny rozkaz babki.-Jeszczesię udusi.Jack czekał cierpliwie z przylepionym do twarzy leniwymuśmieszkiem.Z pewnością nie takiej miny się spodziewali.Usłyszał, żepanna Eversleigh wydała ni to westchnienie, ni to jęk.Nie potrafił tegodokładniej określić.Może to pełna melancholii rezygnacja? A może.Kaptur z worka opadł i Jack przez chwilę rozkoszował się chłodnympowiewem na twarzy.Potem spojrzał na dziewczynę.Była pełna wstydu i upokorzenia.To było pewne.Biedna pannaEversleigh wyglądała żałośnie.Bardziej wielkoduszny dżentelmen mógłbyodwrócić głowę, ale Jack nie był w tej chwili nastawiony zbytwielkodusznie, toteż zrobił sobie przyjemność, przyglądając się jej bezpośpiechu.Była prześliczna, choć nie w tym najbardziej pożądanym typieurody, zwanym prawdziwą angielską różą.To określenie zupełnie do niej70RSnie pasowało.Miała cudowne ciemne włosy i lekko skośne błyszczącebłękitne oczy.Smoliste rzęsy kontrastowały z bladą cerą bez najmniejszejskazy.Oczywiście ta bladość mogła być spowodowana obecną sytuacją.Biedactwo, wyglądała tak, jakby za chwilę miała zemdleć.- Czyżby nasz pocałunek był taki okropny? - szepnął.Oblała się szkarłatnym rumieńcem.- Widzę, że tak.- Odwrócił się do swojej babki i odezwał się tonemsalonowej pogawędki: - Zdaje pani sobie sprawę z tego, że za porwaniegrozi kara śmierci?- Jestem księżną Wyndham - odparła, dumnie unosząc brwi.- Nikt nie ośmieliłby się skazać mnie na śmierć.- Ależ życie bywa niesprawiedliwe - zauważył i westchnął.-Zgodzisię pani ze mną, panno Eversleigh? - Miała taką minę, jakby chciała cośpowiedzieć, ale najwyrazniej ugryzła się w język.- Gdyby to pani spłatała mi tego figla - ciągnął, wodząc oczyma to pojej twarzy, to znów biuście - sprawy przybrałyby całkiem inny obrót.Zacisnęła szczęki.- Wszystko ułożyłoby się - szepnął, nie odrywając oczu od jej ust -po prostu cudownie.Proszę tylko pomyśleć: pani i ja, sam na sam w tymniesłychanie wygodnym powozie.- Westchnął z satysfakcją i usiadłznów prosto.- Wyobraznia mnie ponosi.Spodziewał się, że księżna wystąpi w obronie swojej damy dotowarzystwa.Nie uczyniła jednak tego.- Może oświeci mnie pani, jakie ma wobec mnie zamiary? - spytał,zakładając nogę na nogę.Nie było mu łatwo utrzymać równowagę, bo ręce71RSmiał nadal związane z tyłu; przysiągł sobie jednak, że nie będzie siedziałgrzecznie i sztywno.Starsza dama zwróciła się do niego.Usta miała surowo zaciśnięte.- Większość ludzi nie uskarżałaby się na taką odmianę losu.Wzruszył ramionami.- Nie zwykłem dostosowywać się do większości.- Obdarzył księżnęlekkim uśmiechem i zwrócił się do panny Eversleigh: - Raczej banalnariposta, nie sądzi pani? Taka oczywista! Byle kto wpadłby na ten pomysł.-Pokręcił ze smutkiem głową.- Czyżbym tracił formę?Zrobiła wielkie oczy ze zdumienia.Uśmiechnął się od ucha do ucha.- Myśli pani, że jestem pomylony?- Oczywiście że tak! - odpowiedziała.Z przyjemnością słuchał znów jej głosu.Był taki ciepły.- To problem wart zastanowienia.- Zwrócił się ponownie do księżny:- Czy w pani rodzinie zdarzały się przypadki obłędu?- Oczywiście że nie! warknęła.- Co za ulga.To nie znaczy rzecz jasna, że przyznaję się dopokrewieństwa - dodał.- Nie sądzę, żebym miał ochotę wiązać się z takimikryminalistami jak łaskawa pani.A fe! Nawet ja nie zniżyłem się nigdy doporwania.- Pochylił się ku pannie Eversleigh, jakby chciał powierzyć jejjakiś niezwykły sekret.- To w bardzo złym guście, rozumie pani.Wydawało mu się - i był tym zachwycony - że wargi dziewczynydrżą od powstrzymywanego śmiechu.Panna Eversleigh miała poczuciehumoru.Z każdą chwilą wydawała mu się bardziej urocza.Uśmiechnął się do niej.Znał się na tym.Wiedział, jak uśmiechnąćsię do kobiety, by zdobyć jej serce
[ Pobierz całość w formacie PDF ]